— Teraz jeszcze żyję o chlebie, bo nie mam nic: alem sobie z niego zagotowała zacierki i nie jestem głodna, a da Bóg doczekać, będzie i krupa i omasta, bylem motki skończyła, a prząść się znalazło więcej. We wsi mi dają robotę, bo widzą, że przędziwo nie przepadnie, i pod wagą nici oddam. Semenycha, Kociukowa, Pawłowa, Lebiedzianka, dobrze mnie już znają, a ja i dwudziestkę uprzędę.
Kobiety przysłuchiwały się pilnie słowom dziewczęcia, a corazto się więcéj dziwiły śmiałości jego, odwadze, nadziei i przytomności. Wpatrywały się w ładniuchną jego twarzyczkę z trochę zapłakanemi oczyma, i obie potajemnie w sercu westchnęły, żeby ich córkom Bóg nie taką dolę, a tyle dał serca i głowy, co sierocie.
— Ależ moja mileńka — odezwała się Maxymicha — to ty chyba i drwa nosisz sama i po wodę chodzisz?
— A cóż? wszystko sama robię i na wszystko jakoś mi rąk starczy, — rzekła Marysia. — Jużem się wyprobowała i obmyśliłam jak to będzie.
Tu zaczęła rozpowiadać im, jak ułożyła życie i godziny dniowe: a kobiety zamilkły znowu z wielkiego podziwienia.
— Krzyż z nami! — powtarzały — krzyż z nami! A to cudowisko ta dziewczyna: schodzić się do niéj a słuchać, patrzéć a dziwować!
Pobyły tak chwilę u Marysi i nie śmiały nawet w końcu wystąpić już z małym datkiem, który dla niéj przyniosły; jak siedziały na ławie, tak po za siebie zasunęły co miały w fartuchach, i posiedziawszy jeszcze, pożegnały Marysię, ciekawe o niéj wiadomości niosąc na wioskę.
Poszła z niemi wieść po całych Stawiskach o Marysi cygance; z kim się spotkały, każdemu rozpowiadały o dziewczynie i nagadać się o niéj nie mogły, tak, że w chatach, na dworskiém, u dobrodziejów w plebanii i w karczmie, nie było słychać tylko o niéj. Nienawiść ku cyganowi i cyganisze dawno już była przygasła i wyczerpała zobojętnieniem, ludzie o niéj zapomnieli, a sierota wzbudziła teraz powszechną litość i zajęcie. To, co o niéj Ratajowie i dwie baby rozpowiadały, obudzało ciekawość, a ludzie dziwy prawili o sierotce pustelnicy, która się stała podziwem Stawisk i okolicy, zaraz w pierwszych tygodniach po pogrzebie matki.
Nie można już było wątpić, że sobie dziewczynina da rady; przestał nawet Rataj spodziewać się, że się do nich schroni, i dziwiono się tylko, zkąd w młodéj głowinie tyle się wzięło rozumu i ładu, a w sercu tyle odwagi.
Ze wsi gawęda o Marysi już nie po raz pierwszy doleciała do dworu; ale tu mniéj na zobojętnionych ludziskach, pana otaczających, zrobiła wrażenia. Pan Adam znany nam ze swych szałów i z uczucia, jeszcze tu panował, ale dwór jego i on sam, po kilkunastu leciech zmienił się wielce, przerobił do niepoznania. Widzieliśmy moralny stan tego nieszczęśliwego, któremu nie pozostawało chyba umrzeć, lub nowy jakiś wynaleźć żywioł opiekuńczy, coby go przy życiu utrzymał.