— A co tam chcecie Maryś? — odezwała się nareszcie.
— A cóż, matuniu... roboty! jak zawsze, dla miłości Bożéj jak jałmużny... Gdybyście wy nie litowali się nad sierotą, mogłoby jéj chleba zabraknąć.
— Roboty! — powtórzyła Semenycha wciąż zakłopotana i pochmurna — dobrze ci mówić, a tu może i przędziwa w chacie nie ma.
— A! krzyż Pański! U was matuniu — poczęło dziewczę — u takiéj gospodyni jak wy, taż to pełne bodnie lnu białego jak śnieg!
Semenycha połechtana uśmiechnęła się nieznacznie.
— Choćby i był, choćby i był! — rzekła — niechaj swoje przędą: czego mają siedzieć z założonemi rękoma i Kasia i Paraska i dziewczyna najmitka!
— A mnieżto nic się już, ani ździebełka nie dostanie? — spytała sierotka pocichu, głosem tak użalenia i głębokiéj boleści pełnym, że Semenycha uczuła się wzruszoną.
— Dawniéj byliście dla nas litościwsi — dodała dziewczynka — a terazbyście mieli opuścić mnie, gdy i matki niestało? E! to nie może być! Serce wasze matuniu nie pozwoli na to; a cóżem ja winna, żem nieszczęśliwa.
Semenycha wstała z ławy, coś poprawiła u ognia, poczęła się przechadzać i namyślać.
— Kiedyżboto — odrzekła po chwili — ludzie na ciebie niewiedziéć co wymyślają: mówią, żeście rodem czarowniki... charakternice... licho wié co; że nieczysta siła wam przędzie...