A choć w tak ciężkiém położeniu, choć tak bardzo sama, w ciągu lat kilku nie doświadczyła ani jednéj przeciwnostki, ani najmniejszéj klęski, a wiodło jéj się w najosobliwszy sposób. Czego dotknęła się, rosło, udawało się, mnożyło, ożywiało, szło, jak to powiadają, ręką. Lud, który może nie bez pewnéj słuszności w pomyślnościach ziemskich widzi zawsze skutek nieczystéj siły, przypisujący powodzenie to skradzionemu groszowi, to innym tego rodzaju talizmanom i w tém szczęściu sieroty domyślał się zawsze potrosze pomocy upiorów, posiłku duchów czarownych, i nierychło dopiero, gdy nic nie potwierdziło domysłu, wpadać począł na tajemnicę pracy i błogosławieństwa bożego.
Wzrósł ztąd szacunek dla Marysi, którą niewidzialna jakaś opieka zdawała się swym płaszczem okrywać. Nigdy w jéj chatce niezamkniętéj, stojącéj wiecznie otworem, nigdy w ogródku nieogrodzonym, nie było najmniejszéj szkody: grób matki, cmentarzysko strzegło lepianki ubogiéj.
W skwarne dni lata, dziewczę jak mogło, z obowiązków gościnności wywiązywało się przechodzącym i przejeżdżającym mimo cmentarza; stało zawsze w sieni wiadro ze świéżą wodą i czysty czerpaczek, a wieśniacy wiedzieli o Marysinéj wodzie, i rzadko kto jadąc z miasta minął chatę, żeby się jéj nie napił, zostawując podziękę: Bóg zapłać jakie, lub drobny podarek.
Z latami upływającemi nic się tu prawie nie odmieniło: tryb życia mocniéj się jeszcze, staléj, niezmienniéj urządził, praca szła codzień łatwiéj; a sierota powoli oddychać zaczęła, na złe dni, na czarną godzinę uciuławszy już nawet trochę grosza, trochę chleba i chust trochę.
Zawsze w pogodę wychodziła na cmentarz pod wierzbę na mogiłę, i siadała tam naglądając na chatkę, a niekiedy słabym głosem nucąc jakąś piosenkę przybłąkaną ze wspomnieniami matki.
Owa chatka, któréj budowę widzieliśmy w początkach naszéj powieści, bardzo się już pochyliła ku ziemi i zmieniła z lat upływem.
Inaczéj być nie mogło.
Sklecona na prędce z surowego i lichego materyału, nieumiejętnie, trzymała się łaską bożą, cudem, a może mchami i grzybami, które pogniłe jéj części kleiły. Ściany pomimo obmazywania gliną, dziur miały nieuleczonych mnóstwo; prócz tego tak się były zasunęły w ziemię, że okienko już niemal na równi było z poziomem, a do drzwi odkopywać musiano wnijście i dobrze się w nich nachylać.
Dach murawą ponaprawiany, zgnieciony jéj ciężarem, cały w garbach, zazieleniały od mchu i trawy, wydawał się jak pagórek, i gdyby nie osmolony komin, co wśród niego stérczał, trudnoby było poznać że ludzkie mieszkanie pokrywał. Pomimo to, zewnątrz i wewnątrz czyściuchno było, schludnie i miło, bo wszędzie widać rękę staranną. Marysię otaczało już teraz wielkie i bogate gospodarstwo: kilkanaście gołębi, całe kur rozrodzonych stado, kilka gęsi bałamutek, po które co dzień na staw chodzić było potrzeba, gdy się zadurzyły z sąsiadkami wiejskiemi; a w dodatku byli i przyjaciele domowi: kot szary i psiak bury.
Historya tych dwóch stworzeń dość była ciekawa; pierwszego z nich utopionego już, Marysia wyratowała ze stawu, odchuchała i wyhodowała; a drugi przybłąkał się jéj nie wiedziéć zkąd i jak. Znalazła go jednego wieczora siedzącego przed progiem z miną bardzo spokojnego, jakby się tam urodził; gdy podeszła ku niemu, odrazu ją jak panią powitał, polizał po ręku i wszedł za nią do chaty, niezbyt nawet ciekawie wąchając po kątach, jak stary znajomy.