Marysia z nawpół wypróżnionym kubkiem stała długo, patrzała tęskno za uciekającym, i bardzo powoli wróciła zamyślona na matczyną mogiłę, dokąd jéj wierny psiak ze spuszczoną towarzyszył głową...
Wiele ludzi dnia tego przechodziło i przejeżdżało gościńcem, ale znajomi widząc sierotę na jéj zwykłém miejscu, wcale się nie dziwili: każdy kiwnął głową, pozdrowił ją i mijał.
Zrazu było to dziwowisko dla wszystkich, widziéć ją przędzącą na mogilniku: ale po latach kilku oswoili się z tém i z sierotą; zwali ją tylko często dziewką ze cmentarza, a choć ją pocichu stare baby o związku z duchami posądzały, nikt już temu wierzyć nie chciał.
Jeszcze był tuman pyłu wzniesiony kopytami siwego konika nie osiadł i nie rozwiał się w powietrzu, gdy pieśń grubym nucona głosem, dobrze znajomym dziewczynie, rozległa się pod cmentarzem. Po niéj Marysia poznała Rataja, a nawet domyślić się mogła że szedł wprost z karczmy, bo trzeźwy był milczący, a im więcéj wychylił kieliszków, tém donośniejszym głosem pieśni pobożne wyśpiewywał.
Sierotka szczeknął tylko raz, jakby się oznajmywał ślepemu; nastawił uszy i umilkł.
— Aha! już Maryś na cmentarzu! — odezwał się Rataj — dobry dzień dziewczyno! Bóg tam z tobą, a co słychać?
To mówiąc zręcznie zbliżył się do wnijścia i wsunąwszy się na cmentarz, przysiadł ocierając pot z czoła pomiędzy dwoma mogiłami.
— Nic ojcze nie słychać — odpowiedziała dziewczyna — nic nowego!
— Ho! ho! kłamiesz cyganko! — śmiejąc się odparł mąż Sołoduchy — a kto tu wczoraj się przejeżdżał, a kto tu był dzisiaj?
Marysia zapłoniła się jak wiśnia, i wrzeciono wypadło jéj z ręki.