— Co to wy oszaleli naprawdę, żebym ja dla grosza dziewczynę gubiła i do bałamuctwa dopomagała.
— Ale posłuchajcież — dokończył Tomko — ja złego nie chcę i o nic was niepoczciwego nie proszę; tyle tylko, jak będziecie u niéj w chacie, dajcie mi znać, wpuśćcie za sobą, niech ja przy was choć przebędę z nią jaką godzinę. Będziesz się na nas patrzéć.
Sołoducha jeszcze się oburzała.
— Ale to nie może być?
— Na miłość Bożą — zaczął zaklinać Tomko — widzicie że ja nic złego nie myślę.
— A jak się Choińscy dowiedzą?
— Nie dowiedzą się; a jakby i tak było, niech się sobie dzieje co chce. A to przyjdzie mi dla téj miłości zeschnąć i umrzeć, bo już dłużéj nie wytrzymam!
Babie tak się wszystko ślicznie składało, że jéj aż serce rosło; ale udawała zafrasowaną, i nierychło, nacmokawszy poczęła pocichu szeptać coś Tomkowi na ucho, który rozweselony; jakby ożył na nowo, wsiadł na siwka i poleciał.
Dopiero z za pieca dziad się zwlókł co najprędzéj po rubla o którym zasłyszał, i chyłkiem skradł się do stołu; ale Sołoducha przeczuwając napaść, dawno już była schowała grosz w węzełek i zatknęła w łóżko, a Rataj go nie znalazł.
Rozpoczęła się zwada, krzyk, targanie; wyparła się Sołoducha, że datku nie przyjmowała; Rataj parę razy kijem machnął i burza ucichła jakoś wkrótce zalana kwaterką wódki.