— Kara z nim boska! — zawołał — cyganka, cóżto za licho?
— Co za licho — rzekł Marcin — ha! to dziewczyna słyszę śliczna, że drugiéj nie ma na okoliczność: a harda a filut! Zaprowadzi go ona daleko! Jeszcze sierota, broń Boże biédy, wy myślicie że Tomko się sianem wykręci? Gadają nawet, że czarownica...
Mówił, ale stary już nie słuchał, tak go silnie to niespodziane uderzyło nieszczęście: stał wryty, sparłszy się o wrota, długą chwilę przebył w osłupieniu; dopiéro głos żony go ocucił.
— Zsyp żyto panie Marcinie — rzekł — zapłacę, ale wara z tém przed moją Agatą się wygadać: zjadłaby mnie, żem go tam oddał, a i tak dość oczu nawypieka.
— A sześć złotych dacie?
— Ot i kieliszek wódki wypijecie u nas — rzekł Adam.
Ale gdy weszli do chaty, choć stary usiłował kłamać twarzą, nie bardzo potrafił; żona wyczytała na niéj zmartwienie.
— Coto tobie Adamie? — spytała.
— Ot... siwą zdaje się zpleczyli...
Byłato ulubiona klacz Choińskiego, po któréj połowę prawie miał stada; jéj był synem i ów siwek, na którym Tomko tak dokazywał. Uwierzyła więc Adamowa kłamstwu, bo zpleczenie siwéj bardzo skłopotać mogło, a Marcin napiwszy się wódki, uradowany sprzedażą, pojechał do chaty.