Milczenie trwało przez chwilę namysłu; stary obejrzał się na cmentarz, nie chcąc nań wchodzić, zawrócił się, zbliżył na kilka kroków.

— Chodź tu! — rzekł rozkazująco.

Sierota posłuszna, drżąc cała, ze psem swym razem wybiegła z wrót cmentarza i stanęła zarumieniona przed Adamem, który wciąż wlepione w nią miał oczy.

— A! to ty tu mieszkasz — powtórzył zapalając się — to ty.. łotrzyco jakaś syna mi zwodzisz... poganko!

— Czego odemnie chcecie? — zmieszana odstępując zawołała sierota.

— Czego ja chcę? — w złości krzyknął szlachcic, tupiąc nogą, na co pies ogromném szczekaniem odpowiedział stając pomiędzy nim a panią swoją — czego chcę? Otom ci umyślnie przyjechał powiedzieć bezwstydnico jakaś, że jak tu ten łotr więcéj do ciebie jeździć będzie, a ty go przyjmować; to jak mi Bóg miły!!..

Wtém łzy puściły się z oczu sieroty, przerażonéj popędliwością starca, a z niemi tak była piękną, tak wzbudzającą litość; tak niewinnie zdawała się poczciwą; że stary choć w przystępie złości, uczuł się napół rozbrojony.

— A do kroćset diabłów! — zawołał — czego beczysz? Źle robisz a płaczesz? A co tu łzy pomogą? diabli cię wezmą i tego trutnia!

— A niegniewajcie się na Boga, nie gniewajcie: cóżem ja winna.. Ja wam wszystką prawdę powiem — z płaczem poczęła Marysia.

— Co ty mi pleść będziesz duby smalone.