— To jednak nielada dziewczę — mówił w duchu — jak to ona sobie rady daje! Bóg wié, może z grzechu żyje, ale nie głupia być musi.

Marysia stała obyczajem dziewcząt wiejskich przy piecu i płakała; stary już począł wcale innym głosem.

— Ej! słuchajnobo... nie zjem cię przecie, nie jestem zbój, złego ci nie zrobię... Ta ty sama to musisz rozumieć, żem nie na to syna hodował, żeby go z lada cyganką żenić: mnie i matce życiaby to skróciło...

— Alem ja nic nie winna! — powtarzała rozpłakana dziewczyna.

— Nie prowadźże na głowę swoją przekleństwa naszego, i niech go więcéj oczy twoje nie widzą — rzekł stary. — Ty myślisz może żarty, a to śmierć moja i śmierć matki na twoje spadnie sumienie... To jedynak u nas; ja duszę gubię żeby go wyprowadzić na ludzi, a miałbym pozwolić, żeby sobie fartuchem świat zawiązał?

Stary z gniewu przechodził powoli w prośby prawie, i niemi skuteczniéj pewnie niż łajaniem dotknął serca Marysi.

— O! na Boga klnę się wam — zawołała żywo — nie chciałam i nie chcę być wam przyczyną umartwienia: zrobię co każecie, byleście mnie nie przeklinali.

Łzy jéj i te słowa uczucia pełne, trafiły do serca szlachcicowi, który pragnął już tylko wyrwać się co prędzéj: tak go jakoś samego dziewczyna obałamuciła, tak czuł w jéj ustach prawdę, cierpienie, i wyrzucał sobie niemal popędliwość swoję.

— Cóż onabo winna — począł myśléć — to temu gałganowi daćby ze sto bizunów... ale ba! młody téż, krew nie woda, a dziewczyna gdyby jabłko... Licho ją tu nadało; żebym wiedział, nie dałbym go do Stawiska... Żeby do licha gdzie powędrowała... możeby ją z głowy sobie wybił. Ot, gdyby nie Marcin i nie jego żyto, byłby ten wisus nieszczęścia i wstydu narobił; ale natrę ja mu uszy!

— Niechże mi tu więcéj noga jego nie postanie — dodał Choiński głośno, ujął za klamkę i mrucząc a spluwając, więcéj gniewnego niż był udając, wyszedł, dosiadł konia i pośpieszył na wieś szukać chaty sotnika.