Tych słów domówiwszy Aza, rzucając je jak nasienie, które wyrosnąć miało powoli, wysunęła się z chaty, samą zostawując sierotę!

Marysia widziała już konieczność ucieczki i uwierzyła w to przeznaczenie jakieś, które ją gnało za cyganami, jedyną rodziną przyznającą się do sieroty; bolała, ale nie widziała sposobu zmienić tego losu, i zakrzątnęła się wyborem do drogi.

Zamknąwszy drzwi chaty, pobiegła do Sołoduchy, któréj nie zastała w domu; potém do Semenychy odnosząc jéj motki i przędzę.

Zdziwiła się starucha zobaczywszy Marysię w dzień powszedni, a więcéj jeszcze, gdy w jéj ręku niedoprzędzone lnu dziesiątki ujrzała.

— A co to? — spytała.

— To matko — odparła całując ją w rękę sierota — to reszta przędziwa: już go wam nie doprzędę... bo idę... idę służyć.

— Jakto? ze wsi? dokąd? po co?

— Niedaleko... nie wiem, do Rudni — zająkując się odpowiedziała Marysia.

— Do kogo?

Dziewczynie strasznie ciężko było kłamać pierwszy raz w życiu, i kłamała tak niezręcznie, że stara głową kiwając, zrozumieć jéj nie mogła.