Dziewczyna stanęła wryta; łzy puściły się jéj z oczu, podbiegła, pocałowała w rękę starego i cicho rzekła.

— Bóg zapłać ci za dobre słowo; ale ludzie! ale matka!...

— E! głupia jesteś — krzyknął Rataj podnosząc sękatego kija — at! nie durzyłabyś się darmo... A mało ci to, że powrócisz do chaty swojéj do swego kąta i mogiły matczynéj, a włóczyć się nie będziesz gubiąc duszę z cyganami! Do nóg, plackiem do nóg staremu, i w drogę!

Gdy to się działo w maleńkiém kółku złożoném z Choińskich, Rataja, Bartka i Marysi; cygańska tłuszcza odstąpiwszy nieco, stała w milczeniu; rzuciwszy nawet pakunek i wybór w drogę, tak się podziwiali nie rozumiejąc dziwnym, niezrozumiałym dla nich targom.

Aza stała milcząca, chmurna, zagniewana, a gdy wreszcie ujrzała, że Marysia pada do nóg staremu; rozśmiała się śmiechem szatańskim, jak przekleństwo przeraźliwym.

— Głupia dziewczyna! — zawołała — idź na zgubę, kiedy chcesz, idź.

I odwróciła się do swoich.

— Aprasz w drogę! na Węgry!

— I my w drogę — zawołał Choiński — w chacie nas tam modląc się czeka matka...

Gdy sierota odwróciła się chcąc zbliżyć, by pożegnać cygankę, Aza cofnęła się odpychając ją ręką: