Ani się spostrzegł, jak sucha ziemia zasypała zwłoki starego Lepiuka; zaskrzypiał wóz, rozeszli się ludzie, i znowu milczenie głuche, przerywane tylko krakaniem wron zbierających się na słotę, zaległo puste wzgórze. Niespokój pędził go do pracy: pochwycił siekierę i wybiegł z za węgła, rzucając okiem ku mogilnikowi. Nikogo już tam nie było, tylko naprzeciw wrót żółta świeża mogiła, a po drodze ślady świeżych kół i stóp ludzkich świadczyły o obrzędzie, który bez nich mógł się dla cygana snem wydawać.
Nie postrzegłszy nikogo już podnosił toporzysko, gdy go ktoś zcicha pozdrowił. Odwrócił się przerażony; wójt z twarzą zafrasowaną stał niedaleko na kiju oparty.
— A cóż tam Tumry? — odezwał się stary — pracujecie, pracujecie, ani myślicie spocząć?
— Póki sił, panie gospodarzu: „co się zaczęło potrzeba skończyć”, mówi cygańskie przysłowie i cygańska natura.
— A ot i my tu przyszli nie w porę z temi odwiedzinami — dodał Laszuk kiwając głową — i przyprowadziliśmy sąsiada, któremu nocką może niebardzo rad będziesz.
Cygan trochę się zmieszał, ale chciał udać, że nie wié kto umarł.
— A któżto zmarł? — spytał obojętnie.
— Nibyto nie wiecie — odparł wójt. — Toż Lepiuk, i bez czasu! Gryzł się, gryzł podobno Motruną, i nie wytrzymał.
Cygan milczał z głową spuszczoną.
— A taki — dorzucił Laszuk — i umierając swego nie darował, bo synom słyszę srogo przykazał, żeby Motruny za was nie dawali.