— Może kalinowego stołu? może cisowego progu do chaty? — mówił daléj chłopak i począł śpiewać jakąś piosnkę weselną o kalinowym moście. Zanucił piszczącym, schrzypłym głosem, przerwał i zbliżył się do cygana:

— Gadajże kochanku — rzekł przymilając się — czego ty taki zadumany? co to tobie? A to brzydko nazajutrz po weselu patrzéć po lesie, jakbyś już gałęzi szukał! No! co tobie trzeba? może ja ci pomogę?

— Podobno ani ty, ani nikt, chyba diabeł, rzekł chmurno Tumry.

— E! fe! kochanku, cyganku, serduszko, gołąbku — począł Janek — na co tobie tego szlachcica wzywać w takiém ciemném miejscu? Ja się go i na polu boję! Ot! lepiéj powiédz co tobie braknie, już ja ci pewnie pomogę i bez niego.

— Gdzie tam! — rzekł cygan — chatę jak chatę, polepię jakkolwiek; ale drzwi, pęknij, nie mam z czego zrobić! Deski nie upiłuję, ani kupić jéj, ani nawet ukraść.

— A tybyś ukradł!? — śmiejąc się i grożąc spytał Janek. — Cyganku, kochanie, nie dziwuję się, że tego jegomości wspominasz! Fe! gołąbeczku! na co tobie cudze brać, kiedy i tak poradzić sobie można...

— Jakim sposobem? — spytał cygan.

Wszak to, co niczyje, tego wziąwszy człowiek nie kradnie — rzekł zamyślając się z udaną powagą głupi Janek.

— A zapewne.

— Otóż tu w lesie jest stara buda — szepnął pocichuteńku chłopak — bardzo stara, tylko że się nie wali. Kiedyś w niéj mieszkał leśniczy jakiś, ale się na drzwiach powiesił; od téj pory opuszczono chatę, a drzewa z niéj nikt nie weźmie pewnie: może tybyś był odważniejszy? Jabym go nie ruszył, ale kiedy chciałeś diabła, nie mówiąc złego słowa, prosić o tarciczkę, toż i tę wziąć możesz.