I pięść ściśniętą podniósł do góry.

— Klnę się — dodał — że już dłużéj nie wytrzymam; sam zginę, ale wieś pójdzie z dymem w popiół, za łzy i krew naszę! Niech poginą jak szukela (pies), kiedy jak szukela nie mają serca!

To mówiąc cygan, którego oczy gorzały, tak był straszny wściekłym gniewem, że się Motruna aż cofnęła, żegnając mimowolnie.

— A Tumry mój! — zawołała — czegóż się gniewasz i grozisz? Nic się nie stało naprawdę, nic mój kochany!

— Dlaczego płakałaś? Row (płacz) nie przychodzi bez przyczyny!

— Nad swojém głupstwem płakałam — odpowiedziała Motruna, chcąc wszystko utaić przed mężem. — Ot! przepadły mi wiadra z mojéj winy, nie z niczyjéj.

— Wiadra? jakim sposobem?

— Poszłam po wodę, ale przez lenistwo nie chciało mi się czerpać z krynicy, więc zlazłam aż do stawu; a że tam woda płynie żywo, a mnie nogi drżały, potopiłam wiadra... Zabrała je rzeka... młyn porozbijał.

Cygan spojrzał jéj w oczy i głową pokiwał.

— Gdzie? co? — rzekł powoli — w stawie moczą konopie, a tybyś tam wodę brała! Nadto z ciebie dobra gospodyni! Gdyby i poszły wiadra z wodą, toćby niedaleko popłynęły, bo trzciny rosną od brzegu, a tobie nie nowina po kolana się zamoczyć! Ej! to coś innego, Motruno; ty mnie nie oszukasz: inaczéj te wiadra zginęły!!