Motruna odwróciła się zapłakana.
— Daj ci Boże zdrowie! Ot! lżéj mi będzie, gdy ci powiem wszystko, i powiem, ale się mścić nie będziesz?
— Na Mroden-oro nie będę, póki mi stanie cierpliwości, Motruno; bom wiele już przebaczył i zmęczyła mnie nienawiść ludzka. Ale mów, a prędko, bo się trzęsę.
Motruna wtedy rozpoczęła całe opowiadanie swoje, przerywając je łzami, i omijając, co jéj Maxym, wygnawszy z podwórka, powiedział: a cygan słuchał w tak posępném milczeniu, tak upornie ścisnąwszy usta, że pary nie puścił, aż skończyła.
— Psy! — zawołał podnosząc się — psy bez serca! Nie chcę ich jałmużny! nie potrzebuję! Z głodu zdechnę, ty i ja, a ziarna tego przeklętego zboża nie ruszę!...
— A Filipże co winien? — nieśmiało wrzuciła Motruna.
— Filip baba, Egaszi! — krzyknął cygan — boi się mnie, boi się brata, boi się dworu i daje jałmużnę żeby się pozbyć! Rzucę mu ją jutro w oczy!...
— A! na miłość Boga — podbiegając przerwała żona — i jego, i mnie i siebie zgubisz! Maxym gdy się dowié, pokoju mu nieda i zagryzie; a za dobre serce odpłacim mu biédą! Ja na to nie pozwolę!
— A nie skamienieje ci ten chléb w ustach kobiéto? — zapytał Cygan — chléb jałmużny jak psu rzucony, siostrze przez Pechral’a! A będziesz ty go mogła jeść! a da ci on życie? Nie! o nie!
— Wyrzuć go jeźli chcesz, ale nie oddawaj bratu — błagając, krzyknęła Motruna — i nie gub go i nie gub mnie!