Wczorajsze zaproszenie na obiad ostatecznie rozwiązywało wątpliwości. Pani Liza wyrwała się z niém pod wpływem jakiegoś chwilowego natchnienia, któremu się oprzéć nie umiała.
Wkrótce potém pożałowała tego, gryzła się, wyrzucała to sobie, czuła się skompromitowaną; niepokój nią owładnął. Brat wszystko to ukradkiem zauważył i męzkie wnioski robił z tego stanu duszy.
— Fantazya kobiéca — mówił sobie — przejdzie to. A czemużby sobie nie miała jéj pozwolić?
Obawiając się, aby Wiktor albo się nie spóźnił, lub nie wymówił, bo wiedział jak był dziki, Ferdynand postanowił sam zajść po niego i dla większéj pewności zabrać go z sobą.
Serdecznie rad był siostrze służyć.
Biédna pani Liza, popełniwszy to zaproszenie, którego się późniéj zawstydziła, była zmuszoną poniekąd brata wciągnąć w swą sprawę i poczęści wtajemniczyć. Obawiając się, aby o tym obiedzie nie wygadał się przed kim, przyznała mu się, że była zmuszoną zaprosić, że to ją kłopotało bardzo, bo ludzie gotowi to byli po swojemu zaraz niegodziwie tłumaczyć. Prosiła go, aby na siebie wziął całą winę, a najlepiéj nikomu o tém nie wspominał.
Ferdynand, zaszczycony tém zaufaniem, które go rzadko spotykało, bo siostra słabość jego znała, bardzo był z całego obrotu sprawy i składu tych okoliczności szczęśliwy. Przecież mógł się jéj przydać na coś. W takiém usposobieniu różowém zjawił się w progu, poczynając bardzo złą, forestyerską włoszczyzną, pocieszną rozmowę ze starą Anunziatą.
Usłyszawszy głos jego, znajomy dobrze, Wiktor conajprędzéj dokończył ubrania.
Gdy Ferdynand wszedł do pokoju, znalazł go już prawie do wyjścia gotowym.
— Ponieważ mi bardzo szło o to, abyś szanowny pan nam nie skrewił, a lękałem się roztargnienia, zapomnienia, przeszkody jakiéjś, stawiam się więc sam, żeby go zabrać z sobą. Będziemy mieli czas przed obiadem dobrze się freskom przypatrzyć. Mówią że są tego warte. Ja, przyznaję się, nic w nich tak osobliwego nie widzę; kolory mi się wydają szare, wszystko jakieś smutne; lecz inni się nad niemi unoszą.