Z poprzednich małżeństw pozostała jéj córka, oddawna za mąż wydana za Niemca, i... bardzo zręcznie ocalony z katastrof wielu dosyć znaczny majątek.
Dowcip, żywość, wesołość, napastliwość i posag przywabiły do niéj ubogiego, średnich lat duka, który nie miał nic, oprócz zameczku w Valle-Nero w Lombardyi i dwóch gospodarstw chłopom oddanych na metę.
Rok podobno małżeństwo żyło z sobą razem i zgodnie; potém książę, lubiący polowanie i swój kąt, został w zameczku, dostawszy jakieś subsydyum, a pani rozpoczęła nanowo wieczną swą włóczęgę po świecie, bo nigdy długo na jedném miejscu usiedziéć nie mogła. Sama ona zwała się żartobliwie Ahaswerą, a inni jéj także to imię dawali.
Czasem wciągu jednego roku widziéć ją było można w Paryżu, Ostendzie, Nizzy, Monte Carlo, Florencyi, Rzymie, Lwowie i Odessie. Znane jéj były Konstantynopol i Jerozolima, raz znajdowała się na balu u khedywa.
Napół, albo raczéj najzupełniéj kosmopolitka, rozmaitemi stosunkami związana ze wszystkiemi narodowościami całéj Europy, księżna miała jednak słabość do swoich współziomków dawnych i szukała najchętniéj ich towarzystwa. Wzdychała, mówiąc, że bez swoich długoby wyżyć nie potrafiła.
Ahaswera — gdy tém imieniem oryginalném pozwalała się zwać i pod niém najlepiéj była znaną — żyła, jak motyle, niewiedziéć czém. Nie miała napozór żadnéj panującéj namiętności, ale zkolei poślubiała wszystkie, aby nie pozostać bezczynną. W wyborze wcale nie była trudną.
Zbliżało ją to do księżnéj Teresy, która również szukała zajęcia, potrzebowała nowości; lecz ta była między niemi wielka różnica, że księżna znajdowała przyjemność w szlachetnych tylko rozrywkach, w czémś mówiącém do duszy, podnoszącém, gdy Ahaswera zabawiała się równie dobrze w Monte Carlo, wśród najgorszego towarzystwa, jak w najlepszém. Mówiono sobie bardzo pocichu, że dawniéj miéwała fantazye nader kompromitujące, niewiele dbając o to, co o niéj ludzie powiedzą.
Postępowanie jéj jednak, bardzo swobodne, nie przeszło pewnych granic i nie było tak cyniczném, aby jéj wstęp do lepszego towarzystwa zamykało. Choć wiele jéj zarzucano, o wielu awanturkach opowiadano, ona przynajmniéj swych wybryków i kaprysów nie głosiła jawnie, nie chlubiła się niemi. Była przytém dobroczynną bardzo i litościwą dla drugich.
Księżna Teresa przyznawała, że Ahaswera bawiła ją; pani Liza unikała jéj trochę i chłodem grzecznym dawała poznać, iż spoufalać się zbytnio nie była rada.
Oprócz Wiktora, znali ją tu wszyscy i spotykali się z nią często. Lubiła zapraszać na obiady, których dysponować nie umiała, choć jeść dobrze potrzebowała.