Posłuszna pani podniosła się z krzesła powoli i razem poszły do sypialni, zadumane obie.
Na Babuinie, jak mówił, pan Wiktor miał mieszkanie na trzeciém piętrze. Niegdyś przez długie lata zajmował je znakomity niemiecki artysta, który raz sercem przyrósłszy do Rzymu, nie mogąc się już rozstać z wieczném miastem, osiedlił się tu i zaprzyjaźniwszy z właścicielem domu, rodzaj pracowni sobie, kosztem własnym, obok mieszkania wyporządził.
Po śmierci jego dość długo studya niebardzo wygodne i połączone z niém nierozdzielnie izdebki pozostały bez lokatora. Affitarsi próżno napisane było na bramie.
Ażeby się do tego mieszkania dostać, potrzeba było przechodzić podwórko dość zabrukane, drapać się po bocznych schodach niewygodnych, a choć pracownia miała piękne zgóry światło północne, żadnym refleksem niepopsute, z izdebek zato okna wychodziły na brudny i ciasny zaułek, tak że przez nie wyjrzéć trudno było bez wstrętu.
Trafem jakimś Wiktor dowiedział się o tém studio malarskiém do najęcia, a dziwactwem jakiémś znalazł je dla siebie nietylko dogodném, ale jaknajmilszém. O widok z mieszkania nie chodziło mu wcale, bo do niego najczęściéj tylko na noc, i to niezawsze, przychodził. We dnie, jeżeli mu fantazya przyszła pracować, siedział w swém studio, do którego nigdy nie wpuszczał nikogo.
Mało kto téż go tu odwiédzał. Nie zapraszał do siebie, a nowe znajomości niechętnie robił. Lubił być z samym sobą.
Czasem godzinę jaką spędzał w Cafe Greco wśród artystów, jadał z nimi u Leprego, zawiązywały się rozmowy często żywe bardzo; ale dziki trochę Wiktor nie narzucał się nikomu i niełacno dał spoufalać.
Z rozmów o sztuce brano go powszechnie za artystę, miał téż, jakeśmy mówili, fizyognomią artystyczną. Na zapytania jednak, czynione przez konfratrów tego cechu, jakiemu się rodzajowi malarstwa poświęca, odpowiadał ruszeniem ramion, zapiérając się honoru noszenia tytułu artysty.
— Jestem pogardzenia godną istotą — mówił — niczém więcéj, tylko nieszczęsnym dyletantem.