Gdy to mówili, Wiktor znalazł się u drzwi małéj trattoryi, w któréj jadał czasami, dla widywania pięknéj Pepity. Zawrócił więc do wnętrza.

Emil zdawał się zdziwiony nieco, iż do tak lichego kąta wszedł człowiek, którego o wykwintniejsze gusta posądzał, pociągnął jednak za nim.

Z drugiego pokoju, zobaczywszy dobrego swego przyjaciela, panna Peppita, nie wytworniéj ubrana jak owego wieczora, poprawiwszy chustynkę na piersiach, wybiegła doń uśmiéchnięta. Była cudnie piękną, jak zawsze, ale brudniejszą niż kiedykolwiek. Czarne jéj, bujne włosy połyskiwały od jakiéjś tłustości, którą dnia tego świéżo musiały być namaszczone; prześliczne rączki trochę zapracowane, brunatne były opaleniem i robotą koło kuchni; ale oczy ognia pełne, ząbki perłowe i te linie klasyczne, których jeszcze praca i wiek nie miały czasu wyszczerbić, czyniły ją dziwnie piękną.

Poeta wpatrzył się w nią długo, z milczącém uwielbieniem i zachwytem artysty, gdy Wiktor tymczasem wesoło z nią rozmawiał, usiłując cóś znośnego utargować do jedzenia.

Fiaskon z winem, chléb i sér tarty zjawiły się naprzód na grubéj, szaréj serwetce. Dziéwczę więcéj miało ochoty do rozmowy, niż do posługi.

— Teraz — odezwał się, zasiadając u stołu, Emil — rozumiem dlaczego wybraliście sobie tę tratoryjkę. Najgorszy obiad może smakować, przyprawny takiemi oczami.

— A! a! — odparł Wiktor, chléb łamiąc. — Wierzcie mi, że te śliczne oczy w inny sposób mnie nie ciągną, tylko jako model, jak obrazek! Wiek w którym piérwsza lepsza twarzyczka, namaszczona młodością, obudza szały i namiętności, dla mnie już przeszedł.

Kończył te słowa, gdy w progu, szybkim nadbiegający krokiem, ukazał się pan Ferdynand. Obejrzał się, zobaczył siedzących, skrzywił się i prawie chciał cofnąć; ale go już widziano, uciec nie wypadało.

Wiktor, poznawszy go, rozśmiał się z politowaniem.

Milczący w większém towarzystwie, szczególniéj przy kobiétach, Fernando w męzkiém kółku poufałém mówił chętnie i był wesołym koleżką.