Gwałtowna miłość dla mnie, na którą ja odpowiadałam chłodem, wprędce stygnąć zaczęła. Byłam temu rada prawie, bo zwiększała odrazę, jaką miałam do niego. Dobrym być nie umiał, nawet gdy kochał; męczyć lubił, jak gdyby to zaostrzało dlań każdą przyjemność. Posłyszałam zdala o różnych jego stosunkach z pięknemi sąsiadkami. Wszystkie one zawiązywały się łatwo, jakiś czas nie dawały mu spokoju, pochłaniały go i gasły, jak ognie słomiane.
Z każdéj takiéj fantazyi unosił wspomnieniewszystkich ułomności i wad tego co kochał i wielbił; wyśmiéwał bezlitośnie nawet dowody serca i poświęcenia dla siebie.
Bardzo często zaczął odbywać podróże, trwające niekiedy dość długo... bezemnie. Zostawałam sama w domu, a żem u rodziców jeszcze lubiła malować i rysować, spędzałam czas na próbach i cała oddałam się sztuce.
To zajęcie niewinnie stało się dla hrabiego źródłem niewyczerpaném szyderstw. Prześladował mnie niém, wyśmiéwał moje bazgranie i choć się zamykałam przed nim, prosząc aby mi choć tę przyjemność niezatrutą zostawił, nie było dnia, żeby ze złościwością bezlitosną nie pobudził mnie do łez.
Płacz mój wprawiał go w najlepszy humor, był przyprawą jego zabawek.
W tym czasie z jednéj ze swych podróży przywiózł hrabia wspomnienie osoby, którą widział, żony jednego ze swych kuzynów, pani Lizy.
Tak był przejęty nadzwyczajną jéj pięknością, a zarazem oburzony obchodzeniem się z nią męża, nieszczęśliwém życiem młodéj pary, iż nie postrzegł, nie poczuł nawet, że sam dla mnie był takimże tyranem.
Piérwszy raz w życiu postrzegłam w nim naówczas pewną zmianę. Dla téj pani, w któréj nie taił się przedemną że był zakochany, miał uczucie uwielbienia, entuzyazmu, adoracyą, którechwilami odejmowały mu jego złośliwość i szyderstwo.
Dla mnie zakochanie się to było zupełnie obojętném. Nie piérwsze już było, a wiedziałam że zapewne i ostatniém nie będzie. Cóż mnie ono obchodziło?...
Dziwiłam się tylko, że mogło tak wielki wpływ wywiérać na niego, iż niemal lepszym go czyniło, póki niém żył i był przejęty.