— A nam osiéroconym... — westchnął August.

Liza wyciągnęła mu rękę.

— O! my się gdzieś znajdziemy! — szepnęła.


Dwa lata upłynęły i była znowu wiosna, lecz inna wcale, bo pod niebem nie włoskiém, bo w kraju, w którym zima bywa jak u nas długą i ostrą, a po tym śnie szybko, nagle, w oczach prawie, wszystko się rozwija i życie wraca, jak wstrzymany potok, z podwójną siłą. Drzewa stały już w swym majowym stroju, łąki w szmaragdowych kobiercach, niebo śmiało się bladym lazurem łagodnym, a w rzékach odbijało się jakimś tonem, który żenił powietrze z ziemią.

Niedaleko od brzegu Elby, na wzgórzu, stała willa, otoczona rodzajem parku, staremi drzewami ocienionego. Prawie pod jéj kwiatowy ogródek, zasadzony przed gankiem i werendą, podchodziły wody rzéki, od których wylewu gruby mur bronił. Po za willą i parkiem jéj stromo, wysoko wznosiły się piaskowe ściany żółte tego, co to zowią Szwajcaryą saską, u góry sosnowym i świerkowym lasem porosłe. Potok jakiś przed laty wyrwał w skalistéj ścianie drogę, przerznął ją, wyżłobił, porozbijał głazy, podmył ich podstawy i wyżłobił wąwóz, który poza parkiem uciekał gdzieś w góry i lasy, a stérczące nad nim boki kamienne, rozsypujące się w proch, miały już czas porosnąć gęsto w drzewa i krzewy. Oko, sięgając w głąb, gubiło się w gąszczy zielonéj, poprzerzynanéj słupami drzew, a gdzieniegdzie malowniczo popstrzonej nagiemi głazami. W łożysku starego potoku płynął teraz strumień cichy, po burzy i dészczu tylko wzbiérający, a porozrzucane złomy kamieni białawych, żółtych, pomarańczowych zmuszały wody przerzynać się, spadać i mruczéć pocichu.

Ścianami wysokiemi zakryta willa ze swym ogrodem, winnicą, kwiatami, wieżyczką, werendami, balkonami uśmiéchała się zalotnie płynącym Elbą statkom i przeciwległym brzegom.

Obok, ponad brzegami jéj w lewo i w prawo ustawione, przedzielone od siebie zielenią i skałami, stały jak zajrzéć wille, domki, chatki, kamieniczki, małe i wielkie budowy, służące latem za przytułek szukającym powietrza, ciszy i spokoju.

Niektóre z nich smakiem nowszym zdradzały młodość, inne dachami wysokiemi, małemi oknami, prostotą budowy, choć odświéżone, mówiły o czasach dawnych.

Ogromne łomy kamienia, nagromadzone u brzegów zapasy jego, poprzywiązywane do brzegów barki, kręcący się robotnicy, niekiedy garstka miejskich gości, w jaskrawszych strojach, ożywiały dość pustą okolicę.