— Wszyscy pojedziemy ztąd — dodała księżna Teresa. — Ale dokąd?

Hrabia August rękami tylko okazał, że wybór był trudny.

— Musimy się Gorajskiego doczekać — zawołała p. Liza — a potém... Lecz tu tak nam się obiecywało życie ciche, spokojne, miłe!

Padła na krzesło, prawie zrozpaczona. August się przechadzał żywo po salonie.

— Miałem myśl — rzekł — abyśmy się gdzie u jakich mniéj znanych wód na Szlązk czy doTuryngii udali; lecz, koniec końcem, wiecznie tak uciekać i być gonionymi, to może zatruć życie. Temu śmiésznemu niebezpieczeństwu lepiéjby może stanąć oko w oko i raz się z niém rozprawić.

— Ja — wtrącił Ferdynand — ja bo do rozprawy mam niepomierną ochotę. I owszem! głosuję za tém.

— Nie tak jak ty to rozumiem — rzekł August. — Należy go, nie ruszając się z miejsca, czekać i poprostu bronić mu się środkami, jakich się zwykle używa w obronie spokoju.

— Coż? wskazać go policyi? — rozśmiał się Ferdynand. — Ale pfe!

— Téj pomocy potrzebować nie będziemy — dołożył August. — Byle panie się nie obawiały, ja sam na siebie straż nad nim biorę.

— A ja przy piérwszém spotkaniu tak go zbesztam — gwałtownie wybuchnęła Ahaswera — że mu odejdzie ochota zachodzić drugi raz drogę. — Na honor! hrabia masz słuszność. Nie potrzeba się ruszać, ale bronić.