Zdaje się że myśl ta, gdy patrzył na nią, przyjść musiała hr. Augustowi, w którego rysach przebijało się jakby politowanie. Księżna Teresa była uprzejma i zachwycona tą iskrzącą się młodością pięknéj hrabiny.
Ahaswera zazdrościła jéj nie męża, ale wieku tego i humoru.
Naostatek Ferdynand, wielbiciel pięknych twarzyczek, świéżych i z pączka wychodzących, stał zapatrzony z uwielbieniem.
Hrabia Filip, pomimo trudności zawiązania rozmowy, zręcznie dosyć wytłumaczył swe przybycie do Saksonii, jako podróż miodowych miesięcy, których nigdzie ciszéj i miléj jak tu spędzić nie mógł, dodając iż mu się téż poszczęściło, gdy niespodzianie znajdował tu tak dlań i dla żony drogie towarzystwo.
Sama pani przerwała mu żywo, tonem trochę parafiańskim, który młodość jéj mogła tłumaczyć.
— A! bardzo tu ślicznie! Ja, co nigdy nie byłam za granicą, jestem zachwyconą. Jakie domki! jakie kwiatki! jakie sklepy... jak wszystko ładne! Nie wiem czy mi się zechce potém powracać do téj naszéj zabrukanéj Warszawy.
Tym sposobem piękna Anulka zdradziła swe pochodzenie Warszawianki.
Po krótkiéj wymianie kilku frazesów, hr. Filip, czując że piérwsze te odwiédziny krótkie być były powinny, dał znak żonie, a ta, choć niechętnie dosyć, zabrała się do pożegnania.
Ferdynand z wielką skwapliwością odprowadził ślicznego gościa do powozu.
W salonie patrzyli po sobie wszyscy długo, aż Ahaswera, uderzając w ręce, śmiać się zaczęła.