— Jak wasza pani z domu? — spytał August.
Szymon, w swoim rodzaju arystokrata, bo zawsze po pańskich tylko domach sługiwał, uśmiéchnął się trochę figlarnie.
— Z domu, proszę jaśnie pana, z domu? — uśmiéch się powtórzył. — No, ponoć Wątróbska — rzekł cicho.
Machnął ręką.
— Ale piękna pani co się zowie, i dobra! słowo daję!
Hrabiemu Augustowi nie chciało się w dłuższe wdawać badanie; skłonił się Szymonowi i poszedł daléj. Tymczasem ów kamerdyner, dobrze zdawna znajomy ze służącym hr. Augusta, tegoż ranka poszedł go przywitać. Razem widać do Schandau pospacerowali na pilzneńskie piwo i wieczorem, rozbiérając pana, pan Stosiński miał co opowiadać.
Od niego dowiedział się hr. August, że pani Filipowa pochodziła z rodziny, o któréj Filip nie mówił wcale, bo nie było o czém. Siostrę miała za nauczycielem tańców, a brata przy jakiéjś fabryce. Hrabia zobaczył ją przypadkiem, zajął się mocno i pod pewnemi warunkami ożenił. Rodzina dać musiała słowo, że zdala trzymać się będzie.
Filip zamierzał wykształceniem żony sam się zająć i pochlebiał sobie, że z niéj zrobi co zechce.
Tymczasem Szymon zaręczał, że nim do tego przyjść miało, ona nim rzucała jak piłką, rozkazywała, śmiejąc się wyrywała z pod panowania i była dotąd panią w domu. Hrabia tak był zakochany, że byle mu się uśmiéchnęła, wszystkie plany reform odkładał na późniéj. Piękna Anulka była na drodze, która do absolutyzmu prowadzi.
Hrabia Filip śmiał się i... ulegał. Jednéj tylko struny poruszać nie dozwalał. Zazdrosnym był za najmniejszą oznaką zalotności, od któréj trzpiotowatéj pani niezmiernie trudno się było powstrzymać.