— Na to ratunek gotowy — wtrącił Wiktor. — Możemy się cofnąć w ubiegłe wieki i powrócić do arcydzieł.
— Które należały do innych epok, do innego, umarłego świata, były owocem ich pojęć, potrzeb, życia — zawołał prędko Emil Marya. — Są to arcydzieła, ale potrzeba wyjść z siebie i stać się innym, starym człowiekiem, aby je ocenić i zrozumiéć.
— Arcydzieła są wiekuiste — szepnęła księżna.
— Wiekuistego niéma nic na ziemi — mówił poeta coraz żywiéj. — Nawet arcydzieła są znikome. Nie mogą one w zupełności odpowiadać wymaganiom coraz rosnącéj, czy przerastającéj cywilizacyi.
Paradoks ten, trącący herezyą, śmiałością swą zwrócił wszystkich oczy na poetę, który rad był ze sprawionego wrażenia.
Księżna Ahaswera podniosła się nieco z kanapy, chcąc się lepiéj przysłuchać dalszemu wywodowi założeń swojego teraźniejszego protegowanego.
Emil Marya ciągnął daléj, głos podnosząc:
— Ani Wenus medycejska, ani Apollo belwederski, ani owo sławne torso, które Michał Anioł uwielbiał, mojéj potrzebie dusznéj nie odpowiadają. Linie są cudowne, rysunek, czysty niedorównany, wykonanie mistrzowskie, a jednak cóżmi ona mówi ta Wenus? Jest-li to niewiasta w pełni znaczenia tego wyrazu, wedle pojęć naszych? Promienia geniuszu na jéj czole, poczucia swéj godności i samoistności w niéj niéma. Jest-to niewiasta, jaką wyszła z rąk Boga, ale nie kobiéta, która się własnym trudem i duchem wyrobiła na wyższą istotę. Na czole jéj niéma promienia. Osłania się wstydliwa z zalotnością i wyszukanym trochę wdziękiem; dusza w niéj śpi jeszcze... Apollo belwederski jest-li mężem wedle myśli naszéj? To jeszcze pół-człek, pół-bóg, który walczył z naturą dziką pięścią; cała jego potęga w silnéj dłoni. Tak samo tors jest apoteozą muskułów... Zdaje się nie potrzebować nawet głowy. Cóżby tu dodało nizkie czoło tego Obra, w którego śpiącym mózgu myśl inna nie postała nad walkę o byt zwierzęcą?
— Zrób pan wyjątek dla umiérającego gladyatora — rzekł Wiktor.
Poeta zwrócił się ku niemu.