Kobiéta odwróciła się z twarzą zarumienioną.
— Najnieszczęśliwiéj się złożyło! — zawołała ze wzruszeniem, którego pohamować nie mogła. — Ten człowiek, o którego pobycie w Rzymie nie wiedziałam, gotów posądzić mnie, iż przyszłam, jak widmo teatralne, popsuć mu zabawę jego umyślnie.
Rozśmiała się z ironią bolesną.
— Ale, na miłość Boga, powiédz-że mu pan, że go nie szukałam, że gdybym wiedziała że tu go spotkam... mijałabym Rzym i Włochy.
Szybkim krokiem poczęła iść, byle się tylko od miejsca tego oddalić. Wiktor nie chciał jéj w tém rozdrażnieniu i prawie nieprzytomności porzucić. Biegł za nią śpiesznie.
Odwróciła się z przestrachem, słysząc kroki jego za sobą, chwyciła za głowę, a zobaczywszy iż nie kto inny, tylko Wiktor, z wyrazem współczucia i troskliwości, szedł za nią — stanęła. Odetchnęła ciężko.
Była tak jeszcze przerażona spotkaniem, iż drżała, szukając ręką podpory jakiéjś.
Wielki głaz, okryty mchami, leżał tuż; rzuciła się nań, czując się osłabłą.
— Los mnie ściga — zawołała zniżonym głosem, w którym jakby łkanie czuć było.
— Jest w tém trochę mojéj winy, iż się to stać mogło — przebąknął Wiktor.