— Ma dalipan słuszność pan Pelukowski — potwierdził hrabia Filip. — Niéma kobiét, jak Polki nasze!
— Zatém ja jeszcze raz nieobecnych zdrowie wnoszę — zawołał szlachcic zaanimowany. — Co prawda, to prawda..! A niedość że piękne i poczciwe, ale mosanie i to coś znaczy, że dłużéj one trwają. Tu panie po trzydziestu latach już ani patrz na kobiétę... wąsy goli — a nas... Hej! hej! dobrodzieju, i cztérdziestówka jeszcze hoża.
Ze śmiéchem i zapałem toast przyjęto i wychylono. Szlachcic był wesół i dumny.
Zaczynało się robić ciemno, i jak to bywa w krajach gdzie powietrze jest czyste, noc nagle zapadała. Zapalono światła.
— Byle nas, mospanie, w powrocie rozbójnicy nie zaskoczyli — rzekł Pelukowski.
— Nie mamy się czego obawiać. Powracamy razem, a jest nas tylu, że się na nas rzucić nie ośmielą — rzekł Filip. — Na zakończenie jabym poncz życzył.
— Nie, ten nas dorznie — rzekł szlachcic doświadczony; — trzymajmy się już wina i... zdrowie gospodarskie!
Wypito i to zdrowie ochotnie. Nikt nie uważał, że po kobiécym toaście, Wiktor i Aurelian, przechadzający się po namiocie, zniknęli.
Wistocie przyszła im fantazya pieszo powracać do Rzymu. Obaj doskonale znali okolicę, mieli kije i odwagę; pić już się im więcéj nie chciało, wysunęli się więc w zarośla i po chwili byli na gościńcu.
Noc gwiaździsta, chłodna, cicha, prześliczna była do téj przechadzki, jakby naumyślnie przygotowaną. Aurelian szedł, jak zwykle milczący, Wiktor osmutniały. Długo nie mówili nic: puszczali dym z cygar i z nim myśli swe rozbudzone biesiadą, która pomimo wesołości, zostawiła po sobie wrażenie jakieś przykre, szczególniéj na Wiktorze. Nie mogła mu zejść z pamięci ta nieszczęśliwa istota, którą przeznaczenie wpędziło tu, aby Filipowi struła chwilę zapomnienia o troskach.