Byłaż to miłość? spytacie. Nic nie może się słuszniéj tém imieniem nazywać, nad to uczucie jakie ich łączyło; ale była to miłość — nazwijmy ją pospolitych ludzi językiem — dziwaczna. W piérwszych jéj chwilach poruszyły się razem i zmysły i dusze; potém zwolna, jak morze rozkołysane, które się układa do spokoju, uczucie pierwotne wypogodziło się, otrząsło z ziemskich instynktów, oczyściło, podniosło i paliło się jasnym płomieniem, którego nic pokonać nie mogło.
Niekiedy wracały wstrząśnienia, objawiały się niepokój i trwoga; lecz wprędce następowało ukojenie, jak gdyby miłość ta była skrzydlatą istotą, kołującą w niebiosach, a nakrótko tylko przypadającą ku ziemi.
Liza, po piérwszych chwilach walki z sobą, po obawach, aby okazane mimo jéj woli uczucie nie uczyniło Wiktora zbyt śmiałym, napastliwym, przekonawszy się że będzie jéj posłusznym i że nie ma się czego obawiać, z ufnością nieograniczoną z nim się obchodziła.
Nie mówili nigdy o téj miłości, bo zanadto dobrze wiedzieli, że jest wzajemną i wielką; leczobejście się ich z sobą znamionowało stosunek najściślejszy, na wierze nieograniczonéj oparty. Liza nie śmiała patrzyć w przyszłość; Wiktor nie mówił o niéj nigdy; zdawali się oboje unikać wypowiedzenia ostatniego słowa, aby ono pokoju w jakim żyli nie zamąciło.
Przypatrywała się temu zdala księżna Teresa z niepokojem wielkim, a czasem zagadywała przyjaciółkę:
— Moja droga, lecz jakżeż to się skończy?
— Ależ to nie powinno nigdy się skończyć — odpowiadała Liza pół-wesoło, pół-smutnie. — Nie trzeba sobie zatruwać teraźniejszości troskami o przyszłość.
— Jednakże — wtrącała księżna — niepodobna aby tak zostało. Cóż on ci mówi?
— On? nie mówi nic nad to, co ja pozwalam, a ja nie dopuszczam, aby słowem zamącił szczęście nasze.
— Ty to nazywasz szczęściem? — spytała księżna.