— O, panie! — przerwała Liza — ja sędzią nie jestem, czuję tylko i tłumaczę wrażenie. Ale obraz ten uczynił na mnie wrażenie wielkie, uprzytomnił mi początek piérwszéj pieśni. Jest przepiękny!
— Pani raczéj jesteś przełaskawą! — odparł Wiktor.
Zapatrzywszy się jeszcze chwilę na las, pani Liza wstała i poszła powolnym krokiem oglądać rozwieszone szkice. Wiktor postrzegł w téj chwili stojący na sztaludze rysunek, który wystawiał sarnę Lizę... bez twarzy.
Nie mógł usunąć go bez zwrócenia jéj uwagi, rachował na szczęście jakieś, iż go nie dostrzeże. Poszedł za nią, tłumacząc jéj kartony, w nadziei że ją tak poprowadzić potrafi, aby nie pokazywać tego szkicu, w którym mogła się jeżeli nie poznać, to domyśléć siebie.
W tym obchodzie pracowni oboje piérwszą stracili nieśmiałość. Pani Liza rozweseliła się, zapomniała o niebezpieczeństwie, na jakie się naraziła; on także pod wpływem szczęścia, które mu się uśmiéchnęło, odżył... W chwili gdy się najmniéj tego spodziéwał, Liza nachyliła się ku rysunkowi, zajrzała i pochwyciła ręką drżącą sztalugę, aby ją ku sobie obrócić. Z rumieńca, który przebiegł po jéj twarzy, domyślił się Wiktor, iż poznała siebie. Ale nie powiedziała nic; odłożyła ramy na miejsce i spojrzała tylko z rodzajem wymówki czułéj na Wiktora.
Stał przed nią, jak winowajca.
— Daj-że jéj pan twarz, téj nieszczęśliwéj istocie — rzekła cicho.
— Wolę pozostawić tak jak jest — odparł Wiktor — boję się...
Liza uśmiéchnęła się.
— Ferdynando mi ciągle mówi o pięknéj Pepicie; daj jéj twarzyczkę Pepity.