— Masz pani wielką słuszność — rzekł — uwaga jest niezmiernie trafna. Piérwsze wrażenie pozostaje niezatartém. Nie chcę dziś widziéć fresków, a poproszę p. Ferdynanda, aby mi je którego innego dnia, nie trudząc pani, pokazał.
Pani Liza teraz osobliwszym sposobem usposobioną była dla człowieka, który niedawno taką w niéj obudzał trwogę.
— Przyjdź pan jutro na obiad do nas — odezwała się śmiało. — Jadamy wcześnie, o trzeciéj, a freski o téj porze najlepiéj oglądać.
Wiktor, tą uprzejmością zdziwiony, nie umiejąc nawet dziękować, skłonił się tylko.
Zaproszenie wyrzeczone było półgłosem, nieśmiało, pocichu, jak gdyby pani Liza nie życzyła sobie, by je reszta gości słyszała.
Wrócono natychmiast do towarzystwa.
Hrabia Filip, zawsze zapamiętale zakochany w gospodyni, dojrzał zdaleka tę króciuchną poufną rozmowę i jeszcze się okrutniéj zasępił.
Wiktor, idąc obok niéj, miał czas, nim się połączyli z resztą gości, dodać jeszcze:
— Mimowolnie to, co pani tak trafnie powiedziałaś o obrazach, zastosowuję w myśli do ludzi, i przypominam sobie, jak piérwsze wrażenie, które musiałem zrobić w domu pani, mogło mi wiele zaszkodzić.
Liza uśmiéchnęła się.