Pomimo zaproszenia, Wiktor nie pokazał się rychło. Obowiązkowy bilet poobiedni złożył o téj godzinie, kiedy Lizy w domu nie było, co ją widocznie zabolało. Nie pokazał się téż u księżny, a nawet i pan Ferdynand nigdzie go nie spotykał.
Niecierpliwość i rozdrażnienie pani Lizy rosły, brat już nie umiał ani radzić na nie, ani śmiał badać, będąc odprawiany z niczém. Jednego dnia wreszcie zapytała go, jakby od niechcenia, czy nie widział gdzie „tego pana Wiktora.”
— Nie, nigdziem go nie spotkał — odparł Ferdynand — ale w tém nic nadzwyczajnego niéma; wiadomo że dziwak jest. Czasem tygodniami błądzi po Kampanii i okolicach Rzymu sam jeden.
— Przez litość czy przez ciekawość powinienbyś się przynajmniéj dowiedziéć, co się z nim stało — dodała siostra, i jakby się sama zawstydziłatéj troskliwości zbytniéj o nieznajomego, obcego człowieka, zamilkła zarumieniona.
Ferdynand, nic na to nie odpowiedziawszy, zadumał się mocno. Podejrzenia jego nabiérały coraz większego prawdopodobieństwa.
— Co ona w tym dziwacznym człowieku mogła znaléźć tak osobliwego? — pytał się w duchu. — Niepojęta to rzecz!
Tegoż dnia, posłuszny, poszedł na Babuinę. Stara Anunziata, u któréj miał szczególne łaski, jako ładny chłopak, bo starzy lubią młodość kwitnącą, na zapytanie jego o Wiktora, zamachnęła rękami obiema po włosku.
— Niéma go, niéma! — rzekła — ale czyż to piérwszy raz? Czasem po dwa tygodnie z domu nie wychodzi, a potém jak ruszy, to strach mnie bierze, czy mu się gdzie co złego nie stało.
Potrząsała głową.
— Nie mówił kiedy powróci? — zapytał Ferdynand.