— Z tą mniemaną artystką.
Wiktor, któremu ona wyszła z myśli, teraz ją sobie dopiéro przypomniał.
— Nie widziałem jéj — odparł sucho.
— Sądziłem — ciągnął daléj hrabia — że po naszéj ostatniéj rozmowie będziesz tak łaskaw, w interesie własnym téj nieszczęśliwéj, z nią pomówić. Ona tu nie ma co robić, a przyznaję się, że mnie zawadza i pobyt w Rzymie mi zatruwa.
— Ze mnie najgorszy w takim razie pośrednik — odparł Wiktor zimno. — Nie jestem stworzony do spraw podobnych.
Hrabia Filip rzucił się niecierpliwie.
— Do jakich spraw? — podchwycił, jakby urażony. — Żadnéj innéj sprawy w tém niéma, nad potrzebę ocalenia kobiéty niedoświadczonéj, nieopatrznéj, dumnéj, a głowę mającéj przewróconą, która...
— Hrabiemu zawadza — śmiejąc się, dorzucił Wiktor.
— To swoją drogą — odparł Filip. — O mnie zresztą mniejsza, ale ona tu do niczego nie dojdzie, chyba do jakiéj ostateczności, do rozpaczy.
Wiktor, jakby dłużéj już o tém mówić nie chcąc, cały się zajął zjadaniem makaronu, przyprawionego po neapolitańsku.