Wszyscy po tém odezwaniu się widocznie znudzonéj księżny wstrzymali się od dalszéj rozprawy. Nie umiał nikt rozmowy zawiązać na nowo. Wtém gospodyni zagadnęła Wiktora:
— Wprowadź nas pan, co tak kochasz sztukę, w zaczarowany świat jéj... Tam będzie nam jaśniéj i weseléj. Jestem pewna że znajdziesz nam coś do powiedzenia o jakiém nowém arcydziele, obrazie, posągu, wykopanym szczątku, o jakiéj wystawie w pracowni artystów... Jest ich tylu!
— Popiéram z całych sił wniosek naszéj gospodyni — dorzuciła księżna Teresa.
Wiktor wahał się jeszcze z odpowiedzią, gdy poeta, który nie chciał się dać zaćmić, pośpieszył odezwać się za niego.
— Żądacie panie niemożliwéj rzeczy od szanownego kolegi — (upiérał się przy tém koleżeństwie). — Gdzież teraz w świecie sztuki jest cóś nowego a godnego zastanowienia? Artyści się powtarzają do znudzenia, a ci nawet, co geniusz mają, starają się go do wymagań świata przykroić i obcinają sobie skrzydła. Obrzydliwa trywialność i pospolitość górą!
— Na to ratunek gotowy — wtrącił Wiktor. — Możemy się cofnąć w ubiegłe wieki i powrócić do arcydzieł.
— Które należały do innych epok, do innego, umarłego świata, były owocem ich pojęć, potrzeb, życia — zawołał prędko Emil Marya. — Są to arcydzieła, ale potrzeba wyjść z siebie i stać się innym, starym człowiekiem, aby je ocenić i zrozumiéć.
— Arcydzieła są wiekuiste — szepnęła księżna.
— Wiekuistego niéma nic na ziemi — mówił poeta coraz żywiéj. — Nawet arcydzieła są znikome. Nie mogą one w zupełności odpowiadać wymaganiom coraz rosnącéj, czy przerastającéj cywilizacyi.
Paradoks ten, trącący herezyą, śmiałością swą zwrócił wszystkich oczy na poetę, który rad był ze sprawionego wrażenia.