Dwie przyjaciółki badały się oczyma; potrzebowały poufniéj pomówić z sobą. Stosunek ich długiemi laty był utrwalony. Starsza daleko księżna Teresa macierzyńskie miała do Lizy przywiązanie. Lepiéj niż inni znała jéj męczeńskie losy, jéj piękną duszę i przymioty umysłu. Liza obchodziła ją, jak własne dziécię.
Wieczór ten, wczasie którego mówiono o rzeczach obojętnych, nie powinien był napozór dostarczyć sposobności do jakichś postrzeżeń, tyczących się osób i ich stosunków. Nic uderzającego, nic się nowego nie objawiło wciągu tych kilku godzin. Jednakże macierzyńskie oko księżny Teresy, a raczéj przeczucie jakieś, niepokojem ją nabawiało. Dostrzegła zmianę w Lizie, w téj kobiécie, którą miała za sercem umarłą i zawsze panującą nad sobą. Widziała jak jéj oczy szukały Wiktora, jak się ich wejrzenia z naiwną otwartością spotykały, jak każde słowo jego odbijało się na twarzy wdowy, jak w całém obejściu się z nim była uprzedzającą, troskliwą, niemal wyzywającą.
Zdumiona tém, księżna potrzebowała jakiegoś objaśnienia; lecz zanim usta otworzyła, pani Liza zrozumiała i odgadła z wejrzenia zapytanie. Rumieniec okrył bladą jéj twarz; wstała nagle z krzesła i, płacząc, rzuciła się księżnie na szyję...
Willa Adryana, jedna z najwspanialszych, olbrzymich kreacyj Rzymu cezarów, o któréj cudach opowiadają ruiny — dziś jest przestrzenią wielką, pustą, z pod któréj powłoki wyrastają gdzieniegdzie sklepienia podziemnych gmachów, szczątki gruzów, ciągnące się jak ulice jakiegoś grodu. Potrzaskane kolumny, nawpół w ziemię wrosłe, maluczka cegła rzymska i ogromne głazy rzeźbione, składają się na straszne cmentarzysko ludzkiéj potęgi.
To miasto cezara, w którem się mieściły całe legie straży jego, tysiące niewolników i wyzwoleńców, tłumy dworu i służby, gdzie się piętrzyły pałace, milami ciągnęły portyki, gdzie świata pan spoczywał po gwarach Rzymu, otoczony całym przepychem, na jaki sztuka zdobyć się mogła — dziś porosło lasem, krzakami i krowy pasą się wśród połamanych marmurów, na szczątkach mozaik, w podziemiach, odprawując siestę południową. To tylko, co było pod ziemią, uchowała ziemia; co nad nią się wznosiło, rozbili ludzie, rozniosły wody, strzaskały pioruny, zjadły powietrze i wichry.
Podróżny, przerzynając się wśród tego ogromnego gruzowiska, ścieżkami które bydło i kozy wydeptały, spotyka cochwila jakąś zagadkę pod nogami. Zapiéra mu drogę łuk napół obalony, lub nagle roztwarta jakaś otchłań ciemna, w któréj wnętrzu zwieszają się krzewy i poschłe trawy, każe się cofać przed tajemniczą swą głębią. Gdzieniegdzie sterczy ściana porysowana misternie w siatkę ułożonemi cegłami, obwinięta nawpół bluszczem, okryta pleśnią, zapisana nazwiskami wędrowców.
Głuche milczenie cmentarne leży nad tym upadłym grodem, gdyż grodem zwać się mogło to dzieło, które zdało się przeznaczone trwać wieki, na świadectwo potęgi, a świadczy tylko o znikomości dzieł człowieka.
Smutniejszego miejsca na wesołe przyjęcie gości nie mógł wybrać hr. Filip i w naznaczeniu go tkwiła może odrobina téj złośliwości, która hrabiego nigdy nie opuszczała. Wybór miejsca był fantastyczny, a tak niezwyczajny, że na piérwszą o nim wzmiankę restaurator, który się miał podjąć wyprawić te gody, nie chciał prawie uszom swym wierzyć.
Turyści wprawdzie zwiédzają ruiny willi Adryana, a mało który artysta nie wyniósł z nich jakiegoś szkicu na pamiątkę, lecz niesłychaną było rzeczą, aby tu kto chciał urządzić przyjęcie takie, jakiego sobie hrabia Filip życzył.