— Żeby tu miało być co pięknego — rzekł, przypatrując się dokoła — tego nie powiem. Las nieosobliwy, piwnice, mości dobrodzieju, puste, powietrze dławiące; ale zawsze to miła rzecz powiedziéć sobie, że się jadło obiad, gdzie dawniéj imperatorowie rzymscy mieli swe pałace. Tylko że to, mości dobrodzieju, gdy się o tém będzie rozpowiadało, wierzyć nie zechcą.

Przed przybyciem szlachcica z artystą, hrabia Filip, korzystając z tego, iż sam był z hr. Augustem, zagadnął gorączkowo:

— Czy uważasz co to się święci i na co się zanosi? Nie dałbym złamanego szeląga, że nam ten kawał awanturnika, bez nazwiska, ideał nasz pochwyci! Pani Liza okazuje mu tak nadzwyczajną i tak niekryjącą się, otwartą sympatyą, że głowę mu zawróci. No i co wy na to?

Hrabia August z powagą wysłuchał tego wykrzyknika i rzekł zimno:

— Człowiek jest sympatyczny, a właśnie ta okoliczność że pani Liza się nie tai z tém, iż go ocenia, iż się jéj podoba, zdaje mi się dowodzić, że to niczém nie grozi. Znasz ją zbyt dobrze, byś ją posądzić mógł o płochość.

— Właśnie dlatego że u niéj wszystko, co ona myśli i co czyni, jest rzeczą seryo — odparł Filip — boję się, aby i sympatya nie pociągnęła za sobą... następstw.

— Jakichże następstw? — rzekł z oburzeniem hr. August. — Jedyne możliwe, że wyjdzie za niego.

— A my?

Hrabia August cofnął się urażony.

— Jestem wielbicielem p. Lizy — rzekł — tego się nie zapiéram; ale... nic więcéj. Zostanę jak byłem jéj przyjacielem. Lecz proszę cię, nie mówmy o tém.