— Nie dowiedzieliśmy się od pana, jak dawno bawisz we Włoszech. A w Rzymie, myślisz pan przebywać długo?

Trochę natarczywe pytanie zmusiło gościa do zwrócenia się ku księżnie.

— I na to odpowiedź moja wyda się pani dziwaczną — rzekł. — Ale nie mogę, dla uniknienia posądzeń o zmyśloną ekscentryczność, powiedziéć nieprawdy. Otóż ja nie wiem nigdy, gdzie jak długo bawić będę. Przychodzi mi nagle ochota, pokusa jakaś, zachcenie, nudy — biorę kij i jestem fantazyi posłuszny. W Rzymie zaś nigdy nikt pewnym być nie może, czy zabawi do jutra, lub całe życie.

— Tak, Rzym ma urok wielki — odezwała się księżna poważnie.

Gość spuścił głowę; nie zaprzeczył, ani potwierdził. Nagle dopił herbaty, chwycił z pod nóg leżący na ziemi kapelusz, wstał, pożegnał gospodynię, księżnę, zdala téż innych gości i przeprowadzony przez Ferdynanda, zniknął z salonu.

W tém zbyt pośpieszném wyjściu było cóś uderzającego, dziwacznego, jakaś fantazya nagła, i gdy drzwi się za odchodzącym zamknęły, księżna wybuchnęła:

— Oryginalny! nie zawiedliśmy się.

Hrabia August, który stał trochę na uboczu, przybliżył się do stolika.

— Dziwna rzecz — odezwał się — nie mogę sobie przypomniéć jak, gdzie, kiedy, alem pewien że tego człowieka znałem, spotykałem już w życiu. Siliłem się na rozbudzenie mojéj pamięci... zawiodła mnie.

— Ach! — rozśmiał się hr. Filip — podobnego doń musiałeś widziéć w jakiéjś ilustracyi francuzkiéj: pół-bandyty, pół-artysty, figura dosyć osobliwa, a mało sympatyczna.