— Do tego co ona robi nie mieszam się — dodał Ferdynand — bom przekonany, iż wszystko co uczyni, to dobre. Ten pan Wiktor zresztą jest w całém znaczeniu wyrazu un homme très comme il faut.
— Alboż przeczę? — odparł Filip, poprawiając się i cofając. — Znajduję tylko, że się zanadto okrywa tajemnicą. Artysta, nie artysta... kto... zkąd?
Ferdynand nagle zwrócił rozmowę.
— Aleby czas powrócić nam do Rzymu — rzekł, spoglądając na zégarek.
— O! przepraszam — zawołał hrabia — nie puszczę! Jesteście moimi gośćmi, powrócimy razem. Noc będzie prześliczna.
I żeby w dobry humor wprawić Ferdynanda, cicho szepnął mu w ucho:
— A cóż Pepita?
— Ciężka sprawa! — odparł kawaler. — Boję się czy pan Wiktor, który się zapiéra tego, nie zbałamucił jéj wprzódy. Z nim jest za pan brat, a mnie nawet palca dotknąć nie pozwala.
— Czarodziej z tego jegomości! — z przekąsem dodał Filip.
— Ma szczęście, to pewno — rzekł Fernando. — Księżna Teresa, hr. August, moja siostra, nie mogą się go odchwalić.