Zdawał się unikać towarzystwa, a pomimo to na przechadzkach i wycieczkach spostrzegano go ciągle krążącego zdala, zdającego się szpiegować każdy krok Lizy i Wiktora.
W kilka dni znowu, jak gdyby zmienił zamiar, ukazał się na wieczorze u księżny, milczący, zły, lecz zamknięty w sobie. Jeśli był zmuszony się odezwać, żółć mu z ust wypryskiwała. Z Wiktorem przywitał się zdala i zimno.
Przyrzeczenie, dane dawniéj Lizie, oprowadzania jéj po muzeach i objaśniania dzieł sztuki, spełniał Wiktor ciągle prawie, znajdując w tém największą rozkosz. Nie wahamy się użyć tego wyrazu; cudowne bowiem, jakby uśpione poczucie dzieł sztuki, smak wrodzony do tego co było prawdziwie piękném, rozwijały się w coraz większym blasku w Lizie, a Wiktor był tém zachwycony. Często ten mniemany nauczyciel zdumiony milczał, gdy ona w uniesieniu wskazywała mu nowe strony w tych dziełach, które on znał dawno, a nie widział ich nigdy. Nawzajem Liza postrzegła otwiérające się przed sobą światy nowe, które on magiczném słowem przed nią odsłaniał. Godzili się prawie zawsze i dopełniali wzajemnie.
Często nad jednym posągiem, u jednego obrazu trawili godziny, przechodząc z niego na coraz nowe przedmioty. Z tych wycieczek Liza wracała rozmarzona, więcéj spragniona niż nasycona, z rozburzonemi myślami, które czekały tylko na nowe spotkanie, aby się ulubionemu mentorowi wyjawić.
Wiktor téż przychodził do domu najczęściéj więcéj złamany i rozgorączkowany, niż szczęśliwy. Brakło mu potém tego bratniego dźwięku głosu i myśli; czuł się u siebie, jak na pustyni.
Byłaż to miłość? spytacie. Nic nie może się słuszniéj tém imieniem nazywać, nad to uczucie jakie ich łączyło; ale była to miłość — nazwijmy ją pospolitych ludzi językiem — dziwaczna. W piérwszych jéj chwilach poruszyły się razem i zmysły i dusze; potém zwolna, jak morze rozkołysane, które się układa do spokoju, uczucie pierwotne wypogodziło się, otrząsło z ziemskich instynktów, oczyściło, podniosło i paliło się jasnym płomieniem, którego nic pokonać nie mogło.
Niekiedy wracały wstrząśnienia, objawiały się niepokój i trwoga; lecz wprędce następowało ukojenie, jak gdyby miłość ta była skrzydlatą istotą, kołującą w niebiosach, a nakrótko tylko przypadającą ku ziemi.
Liza, po piérwszych chwilach walki z sobą, po obawach, aby okazane mimo jéj woli uczucie nie uczyniło Wiktora zbyt śmiałym, napastliwym, przekonawszy się że będzie jéj posłusznym i że nie ma się czego obawiać, z ufnością nieograniczoną z nim się obchodziła.
Nie mówili nigdy o téj miłości, bo zanadto dobrze wiedzieli, że jest wzajemną i wielką; leczobejście się ich z sobą znamionowało stosunek najściślejszy, na wierze nieograniczonéj oparty. Liza nie śmiała patrzyć w przyszłość; Wiktor nie mówił o niéj nigdy; zdawali się oboje unikać wypowiedzenia ostatniego słowa, aby ono pokoju w jakim żyli nie zamąciło.
Przypatrywała się temu zdala księżna Teresa z niepokojem wielkim, a czasem zagadywała przyjaciółkę: