Nie skarżąc się, nie mówiąc nic nikomu, biédna kobiéta czasem po kątach płakała. Czuć było w całém tém postępowaniu więcéj pragnienia zemsty i nienawiści, niż miłości.
Z Wiktorem nie mówili o nim nigdy, ale rozumieli się dobrze, iż jedno mieli uczucie dla tego człowieka. Liza obawiała się okazywać je, ażeby do jakiego kroku gwałtownego nie popchnąć Gorajskiego, który na jedno jéj skinienie byłby gotów natręta odegnać.
Położenie stawało się coraz nieznośniejszém, gdy jednego wieczora, podczas niebytności hr. Filipa, wszczęła się między Lizą a Wiktorem rozmowa o tém, co już często się powtarzało. Ona utrzymywała, iż niepodobieństwem jest, aby człowiek tak pojmujący sztukę, tak miłujący ją, jak on, nie tworzył sam i nie pracował. Cóż znaczyło to dla całego świata zamknięte atelie, w którém spędzał długie godziny?
Wiktor się tłumaczył, iż należy do tych nieszczęśliwych, co więcéj czują niż wyrazić umieją; że próbował i rzucał się na zadań wiele, ale nigdy nie stworzył nic, coby mu nawet znośném się zdało, coby mógł poddać sądowi ludzi.
— Tak, ale sądowi dobrych przyjaciół? — zapytała Liza.
— A! to straszniéjszem jest jeszcze — odparłWiktor. — Można być obojętnym na sąd ogółu, ale rozczarować tych, których się kocha, pokazać im całą swą nicość, upaść w ich oczach, byłoby straszliwie upokarzającém, mogłoby doprowadzić do rozpaczy.
— A jednak — nalegała Liza — nikt sędzią własnego dzieła być nie może. Artysta noszący w duszy długo ten obraz, który miał stworzyć, nigdy go nie odnajdzie całym na płótnie. Najlepsza część jego uronić się musi w tém ucieleśnieniu. Dlatego twórca nie będzie nigdy rad z tego, co tworzy. Jeden Bóg mógł, świat stworzywszy, dziełu swemu się uśmiéchnąć. Dla oczu obcych to, co nie starczyło artyście, może być jeszcze arcydziełem.
— Nie — odpowiedział Wiktor stanowczo. — Gdy geniusz stworzy arcydzieło istotne, zakocha się w niém, jak Pygmalion.
Na tém przerwano. W kilka dni potém na stole leżał przez Doré’go ilustrowany Dante. Chwalono i krytykowano. Wiktor znajdował, że ani dla Biblii, ani dla Dantego Doré nie był stworzonym.
— Wielki czarownik, gdy ilustruje Gil Blasa lub Don Kiszota — rzekł naostatku — gdy przedstawia sceny z życia Londynu lub Paryża, gdy objaśnia bajki Perraulta lub La Fontaine’a, Doré nie ma dosyć powagi, ani dosyć uczucia, by porwać się mu godziło na poetę takiego jak Dante, na taką księgę jak Biblia. Żaden z ilustratorów Dantego nie pojął wieszcza — mówił daléj. — Weźmy na przykład to, co dla mnie najdostępniejsze, sam krajobraz dantejski. Doré go nie pojmuje, nie przywiązuje wagi do niego. Zaraz na piérwszéj karcie stać powinien ten las czarny, ciemny, grozę obudzający, o którym mówi poeta. Co za zadanie dla malarza, las olbrzymi, wiekowy, wpół-zeschły, z drzewy dziwnie porozdziéranemi piorunem, z głębią czarną i tajemniczą. Na ciemném, szafirowém niebie włoskiém, puszcza tajemnicza, dzika, na któréj widok serce truchleje, w któréj głąb oko sięgnąć się lęka. Na piérwszym planie wpół-uschłe, mchami okryte pnie, pokruszone głazy, które przyniosły i rzuciły potoki, daléj starce pokrzywione, z konary obnażonemi; daléj jeszcze ledwie widne kolumny drzew i nieprzeniknione mroki... Na przedzie mała postać obłąkanego poety, który z trwogą wstępuje w ten świat dziwów i grozy... Co za obraz! Ale spójrz-że pani na ilustracyą Doré’go, taką mdłą, konwencyonalną, tak nic niemówiącą. Jest to cóś tylko nakształt lasu, a przecie las w téj pieśni gra najważniejszą rolę. Na chwilę w nim tonie poeta.