— Tak, uniewinnia. Jestem zły, bom nieszczęśliwy — zawołał hrabia. — Mam pani wiele do powiedzenia, wysłuchać mnie musisz.

— Ja? muszę? — odparła szydersko.

— Raczysz — poprawił się hrabia ironicznie. — Po tém, co sam widziałem, nie ulega już wątpliwości, że pani zamierzasz tego człowieka uszczęśliwić i że on albo przed nią kłamie, lub milczy o sobie. Pani za niego wyjść nie możesz...

Liza odwróciła się, zwalniając kroku.

— Nie przyznaję ani panu, ani nikomu najmniejszego prawa stanowienia o tém, co mi wolno, a co ma być zakazane — zawołała żywo. — Żegnam pana — dodała — i spodziéwam się, po tém co zaszło, że ta nasza rozmowa będzie ostatnią.

Skłoniła mu się i hr. Filip stanął.

— Będę posłuszny — rzekł — lecz gdy mi nie wolno się tłumaczyć więcéj, przez hr. Augusta dziś pani o sobie i o jéj... jakże mam go zwać?... narzeczonym? — dam wiadomość.

Na to nie otrzymał już odpowiedzi; pani Liza odeszła, nie spojrzawszy nawet na niego.

Z jakiemi uczuciami, w jakim stanie ducha wracała szczęśliwa i zarazem biédna, wzburzona i niespokojna, niepewna co pocznie... niepodobna tego opisać. Łzy jéj płynęły z oczów, o których nie wiedziała sama; kilka razy zatrzymać się musiała i odetchnąć. Zobaczyła przed sobą otwarte drzwi kościoła i, szukając pociechy, ukojenia, spoczynku, weszła do niego.

Kościół, po skończonych nabożeństwach, stał pusty; u ołtarza N. Panny paliła się lampa i klęczało parę kobiét ubogich. Poza kolumnami snuł się w czarnéj czapeczce stary zgarbiony zakrystyan, wypatrujący forestierów, którymby mógł pozasłaniane pokazywać obrazy.