Właśnie gdy się to działo, zapowiedziana już przez hr. Filipa księżna Ahaswera przybyła, w żałobie po mężu. Śmierć jego, a raczéj konanie powolne, które ją zmusiło do długiego dosyć samotnego pobytu z człowiekiem dogorywającym, znużyły tak kobiétę potrzebującą coraz nowych wrażeń, iż przyjechała wyżółkła, zmieniona, zestarzała, a spragniona czegoś, coby ją od niéj saméj oderwało. Zaledwie téż się znalazła, poszła smutkiem dzielić się z dawnymi znajomymi. U księżny Teresy, u Lizy piérwszego dnia znalazła drzwi zamknięte, co ją niezmiernie rozdrażniło.
Powracała z téj wycieczki do domu prawie gniéwna, gdy na drodze nawinął się jéj Filip, który, usiedziéć nie mogąc, kręcił się niespokojny i wzburzony.
— Nie pojmuję co się u was dzieje — zawołała — ledwie go przywitawszy. — Podaj mi rękę. Byłam u Teresy... niéma, u Lizy... zamknięto. Cóż to jest?
— Księżna nie wié nic? — odparł Filip. — Wistocie, znajdujesz nas w rozproszeniu i wcale niezwyczajnym stanie. Powiedzą księżnie pewnie, że to ja winien temu jestem, a zatém muszę, uprzedzając innych, opowiedziéć jéj wszystko.
— Chodź ze mną, mów! Czy stało się co? — podchwyciła Ahaswera, rada że wpadła na jakiś wrzątek, w którym się skąpać będzie mogła odżyć nim.
Natychmiast pociągnęła za sobą Filipa, któremu zdawało się, że sobie zyska sprzymierzeńca.
— Zaczynam od początku — zawołał hrabia gdy się znaleźli w hotelu, w którym wdowa stanęła. — Nikomu nietajno, że jeszcze za życia jéj męża kochałem się w pani Lizie, że chciałem choćby pół fortuny poświęcić, aby ją od tego bydlęcia uwolnić, rozwieść i ożenić się. Dlatego się rozstałem z żoną.
— No, i Liza cię nie chciała! — odparła Ahaswera. — A ja ci otwarcie powiem, że miała słuszność. Wcale nie jesteście dla siebie.
— Byłaby ze mnie zrobiła co chciała! — krzyknął hrabia.
— Daj pokój, z drzewa kamienia nikt nie zrobi! daj pokój. Ale cóż tedy? co? — odparła księżna — gadaj!