Księżna stała, patrzyła, ale się nie odzywała. Poeta usunął się nabok.
Począł się domagać szczegółów; Emil Marya powtórzył zimno:
— Nic nie wiem, nic wiedziéć nie chcę.
Nie mogąc przemódz tego upartego milczenia, hr. Filip poczekał chwilę, powiódł oczyma po księżnie i poecie, uśmiéchnął się szydersko i wolnym krokiem wywlókł się z pokoju, już w progu zdając się zapominać gdzie był i co robił. Kapelusz włożył na głowę, nie zwrócił się ku gospodyni, szukał długo klamki, wyszedł i cisnął drzwiami za sobą.
— To cóś wygląda jak ostatni akt tragedyi — szepnął Emil Marya.
— Ja się boję — dodała księżna — boję się o Wiktora. Ten człowiek gotów na wszystko... Straszne rzeczy się gotują. Nie odchodź pan, chcę go miéć przy sobie. Po obiedzie zaprowadzisz mnie do księżny. Muszę tam być; trzeba się naradzić, zapobiedz.
Mówiła tak, niby się uskarżając, ale twarz ożywiona świadczyła że prawie była rada tym okropnościom, które jéj nudy przerwały.
W salonie pani Lizy na Via Sistina panowała cisza uroczysta; na twarzach obecnych, zwykłych gości widać było oczekiwanie niespokojne, podbudzoną ciekawość, a razem cóś chwili téj uroczyste znaczenie nadającego.
Pani domu siedziała z księżną Teresą za stołem; blade obie, trzymały się za ręce. Nieco daléj, w czerni cała, ubielona i odrobinkę uróżowana, kręciła się niespokojnie na krześle, usiłując być poważną, księżna Ahaswera.