Ahaswera się zamyśliła i zawahała głową.
— J’en sais aussi quelque chose — przebąknęła pocichu. — Któż wié, może ma i słuszność. Mam doświadczenie najlepsze, że małżeństwo jest nieochybnym zawodem. Znamy się tak w salonie, choćby najpoufaléj, ale pewnemi konwenansami rozgrodzeni, niby to się uczymy swych charakterów, gustów, przed ślubem oglądamy się wzajemnie — ale po ślubie! po ślubie! Cogodzina to niespodzianka; motyle stają się poczwarkami. Słabe strony ludzkie wychodzą na wiérzch i psują nam wrażenie tego, co było piękném i dobrém. Następują rozczarowania i niesmaki, obojętności i wstręty. O! — westchnęła — nieszczęśliwe my jesteśmy!
— Widzisz więc że Liza, tworząc sobie szczęście idealne, ma więcéj rozumu od nas. Pozostaną dla siebie nazawsze pięknemi temi postaciami, jakie ukochali.
Ahaswera wydęła usta, zrobiła minkę dziwną i spojrzała ku balkonowi ostrożnie.
— Mówi się to tak i marzy — (tu uśmiéch przebiegł jéj zmiętą twarzyczkę) — ale czy księżna wierzysz w to, aby, kochając się, młodzi ludzie mogli długo pozostać tak.... rozumiész mnie?...
Księżna Teresa, choć rozmawiały pocichu, a August z Ferdynandem i poetą stali na stronie, zarumieniła się, jak panienka.
— Cichoż! nie znasz Elizy! — zawołała, głos zniżając.
— Kochana moja, znam siebie i kobiéty, znam mężczyzn! O! wiele, wiele miałam doświadczeń w życiu! — Potrząsnęła głową. — Position fausse! próba niebezpieczna.
Księżna Teresa zbiérała się na odpowiedź, gdy Liza z Wiktorem weszli z balkonu nazad do salonu. Rozmowa przerwać się musiała.
Hrabia August spójrzał na zégarek i westchnął, zbliżając się do gospodyni.