— Daję ci słowo że niéma nic... Cóżby być mogło?
Dopytywania czy nie odebrał czasem listu jakiego z domu, któryby chciał przed nią utaić, doniesienia o jakiéj stracie i t. p., wywołały tylko najuroczystsze zaręczenie, iż nic podobnego nie przyszło.
— E pur si muove! — z westchnieniem zakończyła Liza. — Nie chcesz mi powiedziéć; nie umiem wymódz tego na tobie, zatém... dobranoc!
Dzień następny upłynął, jak zwykle. Zkolei obiad był u księżny Teresy, herbata u Ahaswery; trochę dészczu i burzy przeszkodziło wieczornéj przechadzce po wąwozie i nad rzéką.
Troska, którą wyczytała na czole brata i Augusta, choć nocą nieco zatarta, jeszcze i tego dnia była dla postrzegawczego oka p. Lizy widoczną. Wieczorem hr. August zapowiedział, że pojedzie do miasta, że chce raz jeszcze zwiédziéć muzeum, potém obejrzéć rezydencyą, i nie powróci aż wieczorem.
Było to tak zwyczajném i często powtarzającém się, że żadnych obudzać nie mogło domysłów. Dano różne małe polecenia posłowi, który się z nich zawsze bardzo szczęśliwie wywiązywał.
Wistocie August, który był tak poufale niegdyś z Filipem i sam jeden mógł się pochlubić, że nań wpływ jakiś wywiéra, miał nadzieję spotkać się z nim, w potrzebie nastręczyć mu się i zbadać co go tu sprowadzało.
Najpiérwszy statek, zatrzymujący się w Schandau, zawiózł go do Drezna. Hrabia naprzód poszedł do biura pod Frencukirche, gdzie doskonale zawsze informowana policya, z łatwością dała mu adres hr. Filipa, stojącego w hotelu Saskim.
Nie miał na myśli odwiédziéć go hr. August, ale znając doskonale obyczaje drezdeńskie, wiedział iż po obiedzie niezawodnie znajdzie go na owej sławnéj niegdyś terasie u Torniamentego.
Przebiegłszy galerye, posiedziawszy przed madonną Rafaela i Holbeina, postawszy przed cudownym Chrystusem Tycyana (Christo alla Moneta), hrabia poszedł zjeść na terasie i z cygarem posunął się na kawę do Włocha.