Była to piękna blondynka, od lat trzech dopiero zamężna, której puder modny bardzo był do twarzy — bieluchna, świeża, rumiana, rzekłbyś, łagodna jak baranek. Jedna to była z tych mnóstwa pięknych starośnin, w które Warszawa obfitowała za Stanisława Augusta, które wszyscy kochali poczynając od króla, które malował każdy artysta, wielbił każdy młody; jedna z tych, co umiały doskonale wszystkim być miłe, nikogo nie zrażać, każdemu jakąś cząstkę nadziei wydzielając za dobre chęci.
— Podczaszycu — zawołała wpadając między niego a panią posłowę ze szczególniejszą odwagą (była mu już trochę znajomą z widzenia) — czy to prawda, jak mówią, żeś się już zakochał?
— Ja? — płoniąc się zmięszany rzekł podczaszyc — ja pani?
— Nie byłoby nic nadzwyczajnego! — przechodząc w dumny tonik przerwała Lucchesini.
— Tak jest pan, pan, przyznaj się przynajmniej szczerze, będziemy wiedziały czego się trzymać — dodała roztrzepana blondynka, rzucając okiem na posłowę z minką wiele znaczącą.
— Alem ja jeszcze nie miał czasu rozpatrzyć się w Warszawie i pomyśleć o wyborze!
— A! a! — zaśmiała się perłowemi ząbkami starościna — alboż to miłość myślisz pan sobie wybierać jak aksamit na suknię?
— Przyznam się pani, że o tem zakochaniu mojem nie wiem jeszcze.
— Bądź pan z nami szczerszy! — nalegała blondynka.
— Prawdziwie, gdybym wiedział do czego mi się pani przyznać każe!