Sieniński już splunął.
— I co to znowu, czy już temu końca nie będzie? — zapytał — a toć się widzę uwzięła bzdurstwem mi głowę męcić?
— Daruj tatku, ale wiesz, że kobiecie jak się czego zechce...
— To aż kańczugiem wypędzać trzeba ochotę.
— Tego się ja nie boję — uśmiechnęła się Anusia — wyszliśmy z tych czasów, kiedy bić było potrzeba, ja już nie dziecko.
— A ja sił w ręku nie mam! — westchnął starzec.
— Ale doprawdy — dokończyła córka — ja się nie wyrzekam tej myśli, żeby jechać do Warszawy.
— Boję się żebyś na tem nie sfiksowała — mruknął Sieniński — co ci to jest?
— Zważ tylko ojcze, jakbyś ty się tam przydał podczaszycowi: tam go obsiedli oszusty, próżniacy, darmozjady, karciarze — sam w nim przeczuwasz żyłkę do utraciuszostwa, strzeż Boże, przyplącze się co gorszego? Czybyśmy naówczas przydać mu się nie mogli?
— My? albo to nas posłucha?