— Ale bo! ale bo! — przerwał stary dworak. — Podczaszycu, każ mi dać kieliszek wina... w gardle mi zaschło z gadania i gniewu... Rybiński warjat!
— Wiem o tem!
— Głupi człowiek!
— Być może, ale strzelać się z nim muszę.
— Ale ba. Rybiński — wykrztusił wypiwszy wino Baucher — Rybiński bo nie chce się bić.
— A toż znowu co? — krzyknął Ordyński — chce żebym go zbeszcześcił publicznie? Jakąż może mieć racją? Wczoraj sam prawie mnie wyzywał.
— Tak, ale tu nastąpić musiały jakieś podłe rady i ukartowano inaczej.
— Co mogli ułożyć? wrąc i tupiąc nogami jak dziecko, zapytał podczaszyc.
— To głupiec sam nie wie co gada!
— Ale cóż mówi na miłość Boga, co mówi? nie drażnij mnie, oszaleję.