— To nic nie warte schronienie, ulica zbyt blizka miasta, ktokolwiek w oknie cię zobaczyć może, dowiedzą się, wyszpiegują. Nie chcę żebyś tu pozostał.
— Dla czegoż? — odparł podczaszyc trochę urażony tonem rozkazującym — to ostatni mój przytułek, innego nie mam i mieć nie mogę.
— Ja jutro, nie dalej, wynajdę panu ustronne, pewne i wygodniejsze mieszkanie. — Tu źle, źle, różni bywają! tu pan pozostać nie możesz!
Mówiąc to, stukał nogą i laseczką cavaliere z widocznem nieukontentowaniem, podczaszyc się wahał i rozmyślał.
— O tem potem — rzekł — co się dzieje w mieście?
— Nic nie wiem! nie byłem nigdzie, idę szukać mieszkania, bo nie pozwolę byś pan tu miał zostać.
— Ale dla czegoż? — zniecierpliwiony odezwał się Ordyński — ja się tu czuję bezpiecznym.
— Mam moje przyczyny, z których tłómaczyć się nie mogę.
— A ja przyczyny dla których chcę pozostać.
— Może Anusię! — rzekł szydersko Fotofero.