— A cóż słychać? — spytał — czy taki umarł?
— Ale nie! — odpowiedziała jedna.
— Nie, nie — dodała druga, prześcigając się w opowiadaniu — doktory tylko słyszę rozcięli mu het piersi, kulę wyjęli, a że była w samem sercu, potrzeba było i serce zaszywać czerwonym jedwabiem.
— I cóż, będzie żył? — spytał pan Jan.
— Słyszę będzie, ale serca to nie wiele mu się zostanie, ono kawałeczek.
— Osobliwość — dodała druga — a to dawniej powszechnie gadali, że byle człowieka choćby szpilką zakłuć w serce, musi skończyć, a tu teraz tacy doktorowie że i do serca się dobiorą, i zaszyją, i nic.
— To przez to — zaczęła pierwsza po cichu — że choć synowiec czy coś biskupa, ale taki był słyszę farmazon, a farmazon choć siecz, choć pal, nic mu nie będzie... Był taki farmazon, i widzieli nawet że chodził do ich tego Łoża... Gdyby tak poczciwemu katolikowi, nie daliby rady, ale oni mają swoje sposoby!
Druga tylko ruszyła ramionami.
— A wszystko to poszło przez miłość — dodała — oba się w jednej pokochali; z tym co do niego strzelił, w jakiejś farmazonce, a ta słyszę obu durzyła, aż z wielkiej zazdrości tamten mu śmierć chciał zrobić. Co to słyszę była za kula!
— Mówią — przerwała pierwsza znowu — że się to pokłóciło przy kartach.