— Na Boga, co słychać? co król mówi? — zapytał na wstępie podczaszyc.
— Król? — rzekł jenerał wolno — musisz już wiedzieć, że ksiądz biskup chciałby waszmości ćwiertować gdyby mógł, i gotów dowodzić że to gorzej niż zabójstwo, świętokradztwo tknąć księżego synowca. Chodził do króla z lamentem, król się gniewał, ale któż nie zna złotego serca? Mówił mi wieczorem wyraźnie, żebyś się skrył, a co lepiej uciekł, bo z sądami marszałkowskiemi nie żarty.
— A w mieście?
— Szczerze ci powiem, interpretacje są różne i nieciekawe. Ten Cerulli ucieczką swoją całkiem sprawę popsuł, ludzie androny plotą.
— Domy mi pozamykali!
— Ale wiem — spuszczając głowę rzekł jenerał — to ze strachu, żebyś gdzie spotkawszy Rybińskiego awantury nie zrobił.
— Myślisz?
— Jestem tego pewny.
— Nie byłeś u wojewodzinej?
— Owszem, w rozpaczy biedaczka.