— Niech sobie ucieka — rzekł król żywo — jak najdalej! Ciężki to dla mnie cios widzieć go przed sądem, a w nim zbeszczescony urząd wysoki i dostojeństwo. Sąd ten wywołuje tyle już zapomnianego dzięki Bogu, i błotem rzuca na tyle ludzi blizkich mego serca.
— Już dziś odezwał się ks. Łuskina powoli, rozchodzi się wieść, że go powtóre na lądzie schwytał oficer jakiś...
— Co? znowu! krzyknął król.
— Poznano go przypadkiem na poczcie.
— To może być jeszcze bajka, czekajmy — rzekł biskup.
— Daj Boże by to bajka była.
— Cała historja podskarbiego, dorzucił ks. Łuskina — chodzi teraz po mieście i kraju, znają ją chłopcy uliczne, wiedzą na palcach wszyscy, a ktoś z przemyślniejszych nieprzyjaciół sprowadził tu nawet do Warszawy Kozłowskiego, który chodzi po ulicach, pytając kogo spotka o swoję żonę.
— Cóż to za historja znowu? spytał król — ja sobie jej nie przypominam... to już nie ex publicis, ale z życia prywatnego! Nabroił bo podskarbi, może nie więcej od drugich, ale mu nic się nie upiekło darmo!
— Na nieszczęście, ta historja z Kozłowskim dosyć brzydka, podchwycił Arnold Byszewski — ale nic by to nie było, żeby jej do drugich nie przyszywano! bo to chodzi po ludziach! Kozłowski szlachcic ubogi, służył podobno u księcia podskarbiego, a miał co się zowie piękną żonę; widywałem ją potem u księcia, piękność znakomita!
— No i porwał mu ją, okupił, zapłacił czy odmówił! rzekł król trochę niecierpliwie, cóż to osobliwego!